poniedziałek, 9 maja 2016

Cieszę się.

Że mam życie jakie mam, że jest wiosna, że mogę wyjść z okowów więzienia jakim staje się mój dom na wiosnę.

Bo dom jest dobry tylko w zimie.

Siedzę więc na progu (jak mi się nie chce rozłożyć krzesła ogrodowego), przycupuję na tarsie albo w kucki tkwię nad grządką. To jest mój naturalny stan, tak konstatuję z wiekiem, w taki stanie czuję że żyję a nie jedynie jestem.


Czujecie się zawiedzeni moją nieobecnością? Nie czujcie! - wyjdźcie na zewnątrz, jak u nas mawiają: na pole, ja tam jestem - zobaczycie mnie w każdym przejawie istnienia, przemówię do Was milionami obrazów, dźwięków, zapachów :)

wtorek, 29 marca 2016

Wielkanocna pielgrzymka.

Podróżowaliśmy tradycyjnie w gronie dwunastu. Zaczęliśmy przed świtem w Wielki Piątek od drogi ale nie krzyżowej lecz tej prowadzącej na południowy - zachód. Czeska kraina przywitała nas mżawką i chłodnym powietrzem lecz jakże nam się ciepło robiło na duszy wiedząc, że zostawiliśmy na Podhalu świeże opady śniegu.

Droga jak już powiedziałam nie była krzyżowa, najwyraźniej potomstwo wyrosło już z wieku "mamo, bo on się patrzy przez moje okno!" co nastrajało dobrym humorem siedzącego za kółkiem Pana Gryzonia.

Praga przywitała nas tradycyjnym korkiem w okolicach centrum ale mając w pamięci niedawno minięty korek na wylocie, który pewnie ciągnął się przez ponad 10 km, cieszyliśmy się, że już jesteśmy prawie u celu.


Jedenastu z nas wydało okrzyk grozy na widok okolicy, która była najbliższym otoczeniem hostelu. Jedenastu czyli wszyscy prócz mnie. Sama wybierałam to malownicze otoczenie :) A tak serio to hostel Kolbenka przy ulicy Kolbenovej ma trzy ważne plusy, które przeważyły o wyborze miejsca. Po pierwsze jest o kilka kroków od stacji metra, po drugie ma miejsca parkingowe a po trzecie jest na zadoopiu czyli panuje tutaj błogi spokój przerywany tylko szumem przelatującego w tunelu metra.

Pierwszy dzień spędziliśmy bardzo skromnie. Po jednym posiłku do syta tego dnia udaliśmy się na nabożeństwo krzyża do katedry Św Wita. Ponieważ byliśmy tam w celach duchowych zdjęć nie robiłam żadnych (zresztą jest zakaz fotografowania podczas nabożeństw). Dwie godziny wystarczyły nam by przekonać się, że średniowieczne budowle to miejsca niezbyt przytulne i ciepłe, ale akurat na taki rodzaj nabożeństwa, który odbywał się w blasku świec i kilku bocznych lamp, są bardzo odpowiednie. Nastrój panujący w tej surowej gotyckiej świątyni bardzo pasował do odsłuchania opisu sądu nad Chrystusem tradycyjnie czytanego na role przez duchownych i z udziałem chóru jako tłumu żydowskiego domagającego się wydania Barabasza. Nabożeństwo prowadziła największa szycha duchowieństwa czeskiego arcybiskup praski i prymas Czech Dominik Duka. Na zakończenie nielicznym wiernym (niestety katedrę pobudowali sobie Czeski zbyt dużą ;-) zostały rozdane pamiątkowe obrazki z błogosławieństwem arcybiskupa.

Szczerze mówiąc obawiałam się, że nabożeństwo będzie powodem do śmiechu - język czeski od zawsze zdawał mi się ogromnie zabawnym. Na szczęście ucho i mózg szybko przestawiły się na dwujęzyczność i nawet nie przyszło nikomu z nas do głowy śmiać się.


Drugiego dnia wyjrzało słońce, więc po śniadaniu pojechaliśmy metrem do centrum. Tam po porannej kawce poszliśmy do  kościoła Św Idziego poświęcić pokarmy. Tak, to jedyny praski kościół, w którym można uczestniczyć w mszy św po polsku ponieważ jest w nim polska parafia pw św Jana Pawła II. Księdzem prowadzącym święcenie był ojciec Hieronim Kaczmarek a nas samych uwieczniono na tej fotografii tu



Pokropieni święconą wodą  wyruszyliśmy do najstarszej praskiej piwiarni gdzie nasze potomstwo odstawiało kabaret w sali kabaretowej pozując "ochoczo" do zdjęć.


Po drodze widzieliśmy kilka wisielców ;-)



Spacerując nabrzeżem do Mostu Legii  spotkaliśmy dwa budynki splatane w objęciach i wirujące w tańcu. 


 A na wystawach, jak to w Pradze, króluje "zielona wróżka".


Stanęliśmy na chwilę przed Pomnikiem Ofiar Komunizmu


I odwiedziliśmy też słynną praską figurkę Jezuska przebieraną w szatki koloru stosownego do szat liturgicznych (ten wzorek jako żywo przypomniał nam kurpiowskie motywy)



Następnie wdrapaliśmy się ponownie na Hradczany by z niemałym zaskoczeniem i uciechą dowiedzieć się, że zwiedzanie Złotej Uliczki w czasie Wielkanocy jest darmowe.






Za katedrą odbywał się jarmark wielkanocny gdzie można było pojeść, popić i pośpiewać a mijając olbrzymi budynek  podziwialiśmy mozaikę, którą stanowi podobno milion kwarcowych i szklanych kwadracików w 33 odcieniach pokazujących Sąd Ostateczny.

Po artystyczno  - spożywczych uniesieniach poszliśmy na Kampę gdzie znajduje się "praska Wenecja"

A skoro byliśmy tam to jakżeby nie poklepać po pupci wielkich bobasków Davida Cernego przed Pałacem Lichtensteinów. 


No i zrobił się malowniczy i romantyczny praski wieczór z tłumami na Moście Karola, gwarem na wąskich uliczkach i uszczęśliwionymi różnymi używkami ludźmi.


Niedzielę Wielkanocy rozpoczęliśmy znowu od wizyty w kościele Św Idziego. Niektórzy z nas brali nawet czynny udział w liturgii :))) Skąd ojciec Hieronim wiedział do kogo podejść i poprosić o asystę to wie tylko, ten który Jest - poprowadził go bezbłędnie.


 Z kościoła koniecznie trzeba pójść na niedzielny spacer a po nim wypić świąteczną kawę z czymś słodkim. Pałac Lucerna do usług. Poza niedostępnym dla turystów działającym dżwigiem osobowym paternoster wszystko inne zostało zrealizowane.


Nawet gromadne stanie pod lewitującym posągiem.


Reszta z dwunastu biegała po schodach usiłując znaleźć wejście do kawiarni z imponującym barem :D


Potem spacer przez Rynek na Józefów w poszukiwaniu zaginionego czasu i Golema.


Zadzieranie głowy w kościele św Mikołaja w podziwie dla największego czeskiego żyrandola oraz wspaniałości barokowych zdobień.



A na obiad pojechaliśmy na Żiżkov.  Tu też jest stary żydowski cmentarz a oprócz tego spokój i zero turystów. Prawdziwie leniwe niedzielne popołudnie wśród spacerujących w promieniach słońca rodzin.



A te gdzie wlazły? Na wieżę telewizyjną, którą widać praktycznie z każdego punktu Pragi.

Ten wyjazd nastawiony był na powolne konsumowanie i trawienie świątecznych wrażeń i zdarzeń i takim był. Chwile modlitwy, skupienia, zadumy a potem radość ze Zmartwychwstania pozwoliły nam przeżyć ten wspólny czas w tak wyjątkowym miejscu razem. Trochę brakowało nam polskiej tradycji adoracji Grobu Pańskiego ale za to mieliśmy polski lany poniedziałek (o co postarały się nasze dzieci) i poznaliśmy czeską tradycję okładania dziewcząt w ten dzień witkami ozdobionymi kolorowymi wstążkami :)




(zdjęcie z internetu)

Znaczenie wstążek na rózgach:

Rudá stuha = náklonnost a láska 

Modrá stuha = naděje 
Žlutá stuha = odmítnutí 
Zelená stuha = chlapec je dívce oblíbeny

środa, 9 marca 2016

Wiosna numer 5?

Podobno idzie. Szpaki to wiedzą najlepiej. A te już pieśni swe wiosenne od dwóch dni nadają.

Dzień dłuższy i to znacznie.

Niechęć do siedzenia w zamknięciu czterech ścian rośnie proporcjonalnie do ilości minut jasnych podczas doby.

Szablon zmieniłam, bo co będę tą zimą epatować jak bałwan jaki zza koła podbiegunowego.

Nudzi mnie oczekiwanie na przybycie pracy. Sama praca po ćwierćwieczu też mi się nudzi coraz bardziej.

Nie macie tam jakiegoś nowego zawodu dla mnie? ;-) Jakieś przeciwwskazania? Owszem. Mam zakaz wykonywania pracy biurowej - powoduje u mnie objawy opisane w "Procesie" Kafki :D

Że nie 1 kwietnia? Nie szkodzi. Na wiosenną głupawkę nie ma lekarstwa.

Miłego dnia :)

wtorek, 1 marca 2016

Rzecz z życia wzięta.

Odwiedził był mnie przyjaciel z ławy szkolnej Teofil, z którym niejedną wódkę wypiliśmy i niejedna impreza połączyła nasze losy. Teofil pozbywszy się owłosienia ze swej jakże kształtnej czaszki chętnie rozpina kurtkę jadąc motocyklem, w celu, jak  mówi, poczucia wiatru we włosach. Bo Teoś jest fanem motocyklowym od lat szkolnych zresztą. Współcześnie mój kompan pracuje w jednym z szeroko dostępnych w niedzielę i święta marketów budowlanych, a owa dostępność nieco krzyżuje mu plany w weekendowych szarżach na dwóch kółkach. Ale to nie jest ważne! Teoś ma podejście do klienta, jedno z najbardziej słusznych i właściwych podejść, bo nawet najbardziej niesfornego i drapieżnego potrafi ujarzmić swoją skromną i grzeczną osobą. To, że nie jest postawnej budowy wzbudza w klientach kraju leżącego nad Wisłą różne, zdecydowanie lewitujące w negatywną stronę, reakcje. I opowiedział mi kumpel, który utrzymuje, że ma  w swoich żyłach  krew inkaską (zdecydowanie li tylko wzrostu jest takowego, bo resztę obcych genów skutecznie wytłukły te niby recesywne blond-słowiańskie) zadziwiająco - śmieszną historię, którą tu dzisiaj przytoczę w osobie pierwszej Teofila.

- Przyjechał do nas kiedyś klient z Kalifornii - zaczął lecz nie rozwinął skrzydeł, bo w oczach obecnych zdziwienie wielkie wywołał. - No blachy miał KLI w aucie, czyli Kalifornia z Limanowej, nie? A my? no my to jesteśmy z Kentucky, bo KNT, że nie wspomnę o Klubie Tępych Toporków spod samiućkich Tater czyli KTT. Przyjechał i wysiadł z tej swojej kalifornijskiej limuzyny z zamiarem nabycia dziesięciu sztuk drzewek ozdobnych skatalogowanych jako tuje, trzynaście dziewięćdziesiąt dziewięć za sztukę. Oczywiście to nie był mój dział, bo w niedzielę rzadko stoję na swoim, a propos swojego, to mamy obecnie na promocji wiertła widiowe za jedynie  dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Przepraszam was najmocniej za to zboczenie zawodowe! Wracając do mieszkańca słonecznej Kalifornii, to gościu zaczął się ciskać, że ja mu tych drzewek ze sklepu nie chcę wydać tylko odsyłam do magazynu. "Bo my, u nas, w Niemczech, jesteśmy obsługiwani kompleksowo! Nie do pomyślenia jest, żeby klienta z kwitkami po sklepie i magazynach przeganiać!!!" Facet najwyraźniej nabierał rozpędu do pastwienia się nade mną, więc między jego oddechami, jakże wzburzonymi, wtrąciłem zgrabnie z wielkim ubolewaniem "Och i dlatego pan taki szmat drogi przejechał, bo u was w Niemczech dzisiaj zamknięte! No niestety będzie pan musiał znieść jakoś te niedogodności u nas, bardzo mi przykro". Oczywiście po zaperzonym Kalifornijczyku pozostało tylko wypuszczone z wielkim sykiem powietrze delikatnie owiewające regały, które mijał po drodze do magazynu.

Lata praktyki uczyniły z potomka Inków człowieka walczącego uprzejmością z dziczą otaczającą go w pracy. Na szczęście nie pozbawia to Teofila wiary w ludzi a już bynajmniej nie szkodzi jego uczynności, dobroci i uczciwości co już w przeszłości niejednokrotnie się ujawniało.

O, jakże moja rodzicielka Teosia uwielbiała! Swego czasu uczynny kolega wystrugał był jej zgrabne nogi do stołu wiszącego w naszej kuchni. Ten stół był idealny w tak wąskim pomieszczeniu lecz miał jedną wadę; brak nóg uniemożliwiał postawienie na nim czegokolwiek ciężkiego. Owszem, stały talerze, jadało przy nim nas czterech na raz, lecz kiedy matka chciała wytoczyć swoje ciężkie działo czyli maszynę do szycia marki Łucznik; przypominam, że kiedyś robiło się je z metalu a nie z plastiku; to stół po prostu groził natychmiastowym złożeniem. Teoś ową niewygodę sprzętu w locie ocenił okiem fachowca nieco zmulonego ośmiogodzinnym wdychaniem oparów klejów stosowanych w klejeniu nart marki Polsport (ach któż ich mieć nie pragnął!) i na drugi dzień dostarczył nad wyraz kompatybilne rozwiązanie: dwie ucięte do odpowiedniej wysokości narty, oszlifowane, pociągnięte bezbarwnym lakierem - podobno odrzut z eksportu, bo deski wykazywały minimalną krzywiznę, niedopuszczalną na stokach alpejskich. Owe "nogi" mamusia moja po dzień dzisiejszy hołubi i czule przeciąga ściereczką by usunąć z nich kurz przed każdorazowym szyciem uprawianym na nadal wiszącym stole kuchennym.

Jej entuzjazm co do osoby Teofila był nieukrywany i niejednokrotnie dowiadywałam się od niej, że to Teosia powinnam darzyć karesami a nie Dezyderiusza, który bufońsko potrząsał kluczykami od samochodu, kiedy mnie odwiedzał. Niestety gust matczyny zupełnie nie pokrywał się z moim własnym ani w aspekcie ówczesnych chłopaków ani też w wyborze męża. Ślepy los i jakieś siły wyższe pchały mnie w objęcia Dezyderka, który i tak był mnie porzucił niecnie udając mądrzejszego i dojrzalszego niż był w istocie w owym pamiętnym roku dziewięćdziesiątym.

Tak czy siak moje losy nadal są splecione i z jednym i z drugim, a wmiskował się w to wszystko zgrabnie Pan Gryzoń, którego bufoński zwyczaj potrząsania kluczykami samochodowymi doprowadzał do rozpaczy po raz wtóry moją matkę. No nic na to nie poradzę, że leciałam na podzwanianie kluczykami! Sytuacja na dzień dzisiejszy jest taka, że bardziej zobowiązująca dla mnie okazała się męska wódeczka z Teosiem i Dezyderkiem niż słodkie babskie likiery z przeszłości. Teofil z żoną bywają u nas regularnie i to samo mogę rzec o Dezyderiuszu, a nad to, z tym ostatnim i jego rodziną spędzaliśmy niejednokrotnie wczasy i jak się okazuje nadal będziemy. Woda w Adriatyku ma dzisiaj 13 stopni, więc nie beczę, że za oknem bleee.




Nie wiem co Wy na to, ale wpis powstał w proteście przeciwko używaniu zdań pojedynczych. Dzisiaj bowiem wyczytałam u kogoś rady do jakich powinien stosować się bloger by zapewnić poczytność i popularność swojemu blogowi. Częściowo się do nich zastosowałam, ale tylko częściowo. Kocham zdania złożone miłością wierną chociaż tworzę je zapewne z wieloma stylistycznymi błędami, to i tak uważam, że są soczystsze, pełniejsze i bardziej obrazowe niż "Ala ma kota". Przyznam się szczerze, że prawdopodobnie nie umiałabym inaczej napisać dzisiejszej opowiastki...Wobec tego zgadzam się na niepoczytność i niepopularność swojego bloga, bo piszę go głównie dla własnej przyjemności, a dla Was jako Czytelników  mam wieczny szacun za czytanie mych wypocin :)


piątek, 26 lutego 2016

Dzień Artysty Wyklętego.

Tak powinien zostać nazwany dzień śmierci Andrzeja Żuławskiego.

Wczoraj znalazłam w sieci tę notatkę:

http://wyborcza.pl/1,75475,19666241,pozegnanie-i-triumf-andrzeja-zulawskiego-odejscie-bylo-jego.html


Co rzec więcej?


Jako reżyser i pisarz nieodmiennie wywierał na mnie ogromny wpływ. Konsumując jego dorobek artystyczny wgryzałam się w każde słowo/obraz i nieustannie polemizowałam z jego osobą w myślach. Przyznam, że niektóre słowa spod jego pióra nie dawały mi długo w nocy zasnąć. Czułam się rozedrgana emocjonalnie jak postacie z jego filmów - nic nie mogło być zwykłe i chyba to było celem jego twórczości.

Kiedyś odważyłam się napisać do niego list, potem drugi. Na każdy otrzymałam odpowiedź dokładnie w jego stylu; enigmatyczną, niepokojąco-kojącą, a przy tym pełną szacunku i docenienia, powodującą chęć dalszego kontaktu. Poprzestanę już tylko na kontaktach via film/książka.


Pierwszy film Żuławskiego oglądałam spod stołu w dużym pokoju. Z "Trzeciej części nocy" została mi w pamięci tylko scena karmienia wszy i głos matki przy kolejnych sekwencjach "to nie film dla dziecka". Byc może właśnie wtedy przestałam być dzieckiem, a może jeszcze nim byłam spoglądając kilka lat później w "Przekroju" na zdjęcie Żuławskiego z Zośką na kolanach nad brzegiem basenu?


Jego filmy zostały pokazane w TVP Kultura. Tylko te, które realizował w Polsce. Czy jest nadzieja, że kiedyś zobaczę "Cosmos" w polskiej wersji? Wątpię...

środa, 24 lutego 2016

W kinie byłam.

Ale to już w ubiegłym tygodniu było.

Zjawa.

plakat do filmu Zjawa (2015)

Adekwatny Leo. W końcu pozbył się młodzieńczej gładkości lica i patrzenie nań zaczęło sprawiać mi wyraźną przyjemność. Film natomiast nie. Początek owszem, miał tempo i sens. Końcówka zaś miała już tylko sens adekwatny do początku  czyli złych ludzi dosięga kara - takie hollywoodzkie, że aż może Oscara dostać, serio :)

Bo ja lubię dziwne historie, takie nieoczywiste a ujawniające drugie dno w człowieku, więc kiedyś tam z prawdziwą przyjemnością obejrzałam "Dzikie historie"

plakat do filmu Dzikie historie (2014)

A ten pan urzekł mnie bardzo. Ricardo Darin, wiadomo; wszystkie Ryśki to fajne chłopaki. Polecam film jako odskocznię od przewidywalnych historyjek.


Nimfomanka vol I

To obraz cenionego przeze mnie Larsa von Triera ze świetną obsadą. Obejrzałam na razie tylko pierwszą część ale poluje na drugą. Zaskakujące dialogi niczym z nocy Szeherezady zaprawione ironią, inteligencją i subtelnym humorem.

Chyba zjechałam tu kiedyś "World War Z" z Bradem Pittem. Dzisiaj zjadę "Furię" chociaż była znacznie lepsza niż WWZ. Lubię męskie wojenki na ekranie ale słowo daję, że jak zobaczyłam ślad wystrzału niczym promień z blastera w Star Wars, to się głęboko zniechęciłam. Bo albo się kręci realne sceny albo sci-fi, nie? No i proszę ja was, na wojnie nie byłam, ale wiem, że wybuchnięty w ręce granat zostawia z ciała niezły befsztyk. No dobra, nie będę się wdawać, bo wolę "wojenkę" wg Gwiezdnych Wojen albo Bękartów wojny albo taką jaką rozpętał Franek Dolas.



A w tym filmie ktoś Rudy zamienił na Fury i zbrutalizował całą rzecz ;-)

Dobra, w teatrze też byłam. Na Testosteronie z Bagateli. Genialnie zagrana rola pana młodego przez Wojciecha Leonowicza, podbił moje serce znacznie bardziej niż filmowy Adamczyk w tej roli. Natomiast Robal w wykonaniu Tomasza Kota jest nie do podważenia :)

A przy tym obrazie ryczałam jak bóbr. Niezwykle wzruszający i poruszający. Świadomość powolnego odchodzenia z tego świata i próby uczynienia tego z godnością. Hilary Swank dała z siebie naprawdę dużo. Nie jesteś sobą kiedy ciało staje się nieposłuszne twojej woli, wtedy pomóc muszą ci inni.



Więcej filmów nie pamiętam chociaż ręczę, że mnóstwo ich było od ostatniego razu.

Zdjęcia Filmweb.


środa, 17 lutego 2016

Dzień Kota.

Kot rządzi, kot radzi, kot zawsze was zdradzi. I za to ludzie nie pałają miłością do kotów. Ludzie chcą rządzić, chcą być panami świata i nie każdy człowiek jest w stanie znieść tak niespolegliwe zwierzę jakim jest kot. Nie przybiegnie na "kici-kici" jeśli nie ma na to ochoty. U nas, górali, jest takie prześmiewcze powiedzonko oddające doskonale kocią naturę "kici-kici mam cię w rzyci" - nic dodać, nic ująć. Kot jest przede wszystkim panem siebie a jeszcze sobie rości prawa do bycia panem swojego właściciela.

Patrzy na mnie zawsze z wielkim niedowierzaniem w oczach kiedy wyciągałam odkurzacz z szafy. No i po cholerę ci to ryczące bydlę skoro w domu w końcu pojawiło się trochę paproszków i piasku, w którym można się wreszcie wytarzać, myśli z dezaprobatą a potem ostentacyjnie wyskakuje na najwyższy mebel w domu by z pogardą obserwować moje ruchy. Taktycznie odczekuje jeszcze pięć minut cennej obrazy, którą odczuwa za moje nieposłuszeństwo i niezrozumienie tematu tak esencjonalnego jakim jest tarzanie się w pyle. Robi na mnie wielkie oczy kiedy wykonuję ćwiczenia fizyczne. I znowu ta drwiąca pogarda w jej spojrzeniu! Jak to się musisz kobieto namęczyć, żeby  nogę za głowę wyłożyć a i tak tyłka nie jesteś w stanie sobie wylizać, co za żenada! I ty to nazywasz kocim grzbietem?! Weż przestań, bo to już zakrawa na obrazę mojej osoby. No a zwykłe pranie? Po co to upychać w tym pudle, zalewać wodą i jakimś chemicznym świństwem skoro wystarczyłoby porządnie wylizać? A największy problem jest ze spaniem. Kto to widział tyle spać w nocy?! Noc nie jest od tego. W nocy należy czaić się i czatować, bo coś zawsze może skądś wyjść. O, jak na przykład mysz spod zlewu. Ale ta śpi, a jak czatuje to tak jakoś dziwnie przed święcącym na niebiesko ekranem tego elektronicznego pudełka. Zupełnie nie wie jak sobie zorganizować życie. No nie wiem, fakt. Wg kociej logiki jestem stworzeniem niezbornym i niezaradnym życiowo, bo kto to widział złapane myszy wyrzucać do kosza na śmieci!? W nocy należy też jeść, bo czatowanie wyczerpuje. Należy jeść ale nie jakieś wywietrzałe leżeniem od wieczora chrupki tylko takie świeżo nasypane. Sama je świeżo ugotowane a mnie chce oszukać, wstawaj i syp świeżą karmę, jest dopiero druga nad ranem jeszcze się zdążysz wyspać! A kiedy nie chce mi się wstawać, kiedy próbuję ją oszukać i udaję "zdechł pies", to zaczyna mi skrobać pazurami po ramie łóżka, potem wskakuje nań jakby miała ważyć co najmniej 5 ton i zakrada się ku wezgłowiu wydając z siebie pomieszane pomruki. Dla niepoznaki przymilne mruczenie przez które przebija się ponaglające miauczenie w irytującej tonacji. Jeśli nadal jestem nieżywa decyduje się na przejście do bardziej jednoznacznego działania i packa mnie łapą po twarzy przywołując do świata żywych i nie śpiących. Wstaję, wlekę się do miski, dosypuję karmy i zamykam za nią drzwi - niech siedzi futrzasta cholera w tej łazience aż do rana! Ale gdzie tam jakie rano! Jeno promyk szarości ujrzy na oknie dachowym rozpoczyna robotę budzika i chociaż nie wydaje tak głośnych tonacji to jej żałosny jęk przebija opony najtwardszego ze snu jaki jestem w stanie wygenerować. Wstaję, biorę futrzastego dziada pod pachę, przy czym nie zawsze mi się to udaje..., i wyrzucam za okno, żeby jakoś dodrzemać do właściwej pory wstawania.

Odrosły ci babo dzieci, to zachciało ci się mieć kota!

I żeby to chociaż jeszcze przyszło jak normalny kot na kolanach poleżeć, pomruczeć, poprzymilać się, to nie! Dzikie takie oczy wyłupia jak się ją gdzieś znienacka chwyci i próbuje potulić.

Psa se kupię! Odgraża się ślubny. Przynajmniej bedzie przychodził jak go zawołam, a nie tak jak ta wywłoka!

Ale jaka rozpacz była kiedy nam wywłoka na dwa tygodnie z domu poszła!


Na szczęście usłyszawszy nasze głosy po powrocie z wakacji wróciła i łaziła za mną jak najwierniejszy pies przez... półtora dnia, bo potem miała ważniejsze sprawy na głowie ;-)

Koty nie zdradzają ludzi. Po prostu trzymają nas na dystans pokazując od czasu do czasu dobitnie gdzie jest nasze miejsce i za to je kocham :)