Moja kuzynka ma bardzo popularne, by nie rzec pospolite, imię żeńskie. Ona nosi je jako pierwsze ja jako drugie i jest git. Mało kto jednak zwraca się tym imieniem do niej, a już jej przyjaciółki na pewno nie. Będąc kiedyś na grubszej imprezie przedstawiła się pewnemu facetowi niezbyt wyraźnie. Skonfundowany biedaczek chcący zaczepić moją kuzynkę wolał się upewnić czy dobrze zrozumiał jej imię. W tym celu zagadał do jednej z jej przyjaciółek.
- Słuchaj, czy ja się przesłyszałem czy czegoś nie dosłyszałem...
- Ale w jakiej sprawie?
- No ta wysoka dziewczyna, jak ona ma na imię?
- Heśka.
- Heśka? Ale, że jak? Od jakiego imienia to jest?
- No jak to, nie wiesz? Przecież to Hesława.
Oczywiście dał się wkręcić i pewnie do dzisiaj przekonany jest, że tamtego dnia poznał fajną dziewczynę o bardzo niespotykanym imieniu.
Tak, tak. Ja sama byłam kiedyś Melą, ale to jest już zupełnie inna historia :) Czy wiecie jakimi imionami są zdrobnione panny Dulskie; Hesia i Mela? bo Felicjan własnie poszedł na kopiec, Zbyszko nie wrócił jeszcze z imprezy a pani Dulska pieniędzmi od kokoty opłaca własnie tegoroczny pit.
wtorek, 20 stycznia 2015
piątek, 16 stycznia 2015
Cmentarz noworoczny.
Jedyny cmentarz w moim mieście już wkrótce dostanie nazwę "starego cmentarza" ponieważ w zupełnie innym miejscu ruszyły prace pod nowy cmentarz ubiegłej jesieni. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że żadne z nas nie będzie pochowane przy boku rodziców lecz właśnie na tym nowym. Nie stanowi to dla mnie istotnego problemu. Miejski cmentarz był dla mnie zawsze obcym cmentarzem. Dopiero od dekady spoczywają na nim moi bliscy. Zawsze trochę rozczulał i trochę śmieszył mnie zwyczaj strojenia grobowców w choinki. Czy i u Was stosuje się takie ozdoby?
W ogóle to cmentarz jest jakby chaotyczny. Szczególnie w rozkładzie tych najstarszych kwater. Nie tylko grobowce stoją do siebie w różnych kierunkach a także rożnymi stronami względem ścieżek pomiędzy nimi. Mało tego, kiedy wydaje ci się, że już wszystko zaplanowane zostało w jakiejś alejce we względnym porządku, nagle możesz nadepnąć na ziemną mogiłę (znacznie zadeptaną zresztą przez lata) która jest położona w centrum tejże alejki. Jako dziecko biegając pomiędzy pomnikami z koleżankami zawsze odnosiłam wrażenie, że na tym cmentarzu kopano groby na ser mater (tj zupełnie jak się komu podobało).
Niewątpliwie ma to swój niepowtarzalny urok i zapewne nie zostanie powtórzone przy wytyczaniu nowego cmentarza, który prócz alejek pod linijkę na płaskim kawałku gruntu będzie miał także ponoć kolumbarium, co przypuszczam, nie uczyni go bardziej malowniczym niż ten położony na brzyzku za Dunajcem.
Myślę, że chaotyczność tego istniejącego już cmentarza to rekompensata za nadużywanie tych samych imion przez mieszkańców miasta. Dzisiaj pozwoliłam sobie na dłuższy spacer między nagrobkami i starałam sie przy tym wyłowić jakieś interesujące i niecodzienne imiona. Wśród męskich nie było co szukać, no może poza wujkiem Feliksem, bo tego imienia nie wypatrzyłam nigdzie indziej. Za to z osobliwych i rzadkich imion żeńskich udało mi się dostrzec takie jak: Apolonia, Rozalia, Luba i Eleonora.
Na nowym cmentarzu może być pod tym względem znacznie ciekawiej. Obfitość żeńskich odpowiedników imion męskich (Władysława, Antonina, Stanisława, Józefa, Bronisława - bardzo popularne na Podhalu w czasach powojennych) zastąpią Maje, Bianki, Aurelie, Ksenie itd. Zaświadczy to o kolejnych przemijających modach jak Darki i Jarki i Konrady z lat 70tych. W imionach męskich obecnie jest chyba większy nawrót do imion starych niż w żeńskich, ale może mam tylko wrażenie takie...
Zagadkę z poprzedniego posta zobowiązuję się rozwiązać na fotografii jak tylko "lodówki" zostaną zdemontowane :)
Pozdrawiam :)
piątek, 9 stycznia 2015
Zagadka z cudzego podwórka.
Mieszkam w niewielkim oddaleniu od tego miejsca. Kiedy synowie byli mali nazywali tę ulicę "naszą uliczką" mimo, ze nie mieszkamy przy niej. Przez te 17 lat spacerów wózkowo-rowerowo-nożnych zapoznaliśmy się z mieszkańcami tej uliczki i z ich upodobaniami. To tutaj mieszka Pan Indyk, którego w końcu zapytaliśmy się jak ma na imię i chociaż wiemy, że Marian, to nadal mówimy Pan Indyk (od lat hoduje kury i indyki w swoim ogródku). To tutaj znajdują się "lodówki", które na początku swego istnienia wcale nie kojarzyły się moim dzieciom z lodówkami.
Ale właściciele tej działki wykazują się ciągle rosnącą inwencją i kreatywnością i od kilku dobrych lat "lodówki" na stałe zdobią ten ogródek.
Co jest w nich trzymane? Spróbujcie zgadnąć a ja w nagrodę obiecuję Wam zdjęcie z ujawnieniem zawartości "lodówek" :)
środa, 7 stycznia 2015
Nowa nadzieja.
W pierwszym dniu Nowego Roku, w środku zimy śnieżnej i mroźnej, sfrunął mi z sufitu świeżo wykluty motyl. To nic, że pospolity bielinek kapustnik, to nic że szybko stracił życie. Wydał mi się radosną i dobrą wróżba, bo świeciło słonce i pachniała kawa, w domu byli wszyscy najważniejsi dla mnie ludzie.
Dla mnie każdy dzień zaczyna się takim wykluciem nadziei. Że będzie to dobry dzień, pełen pracy ale też drobnych przyjemności. Jak każdy mam swoje problemy, z którymi nie zawsze umiem sobie poradzić i bywa ciężko, ale poranne otwarcie oczu na świat jest pełne blasku świata choćby chmury zakrywały niebo a mróz sięgał -20 stopni, tak jak dzisiaj.
Poprzedni rok nie przyniósł jakichś spektakularnych wrażeń i przeżyć ani też mega sukcesów dla mnie a mimo to był rokiem dobrym i bardzo ważnym. Niektóre wydarzenia zaskoczyły mnie niezmiernie i chociaż niosły różny ładunek emocji, jak z budowy atomu, to uznaję, że nic nie stało się ot tak sobie - we wszystkim widzę jakiś sens i dziękuję, że mogłam w tym uczestniczyć.
Wkraczam z nadzieją w każdy dany mi dzień czego i Wam życzę.
Dla mnie każdy dzień zaczyna się takim wykluciem nadziei. Że będzie to dobry dzień, pełen pracy ale też drobnych przyjemności. Jak każdy mam swoje problemy, z którymi nie zawsze umiem sobie poradzić i bywa ciężko, ale poranne otwarcie oczu na świat jest pełne blasku świata choćby chmury zakrywały niebo a mróz sięgał -20 stopni, tak jak dzisiaj.
Poprzedni rok nie przyniósł jakichś spektakularnych wrażeń i przeżyć ani też mega sukcesów dla mnie a mimo to był rokiem dobrym i bardzo ważnym. Niektóre wydarzenia zaskoczyły mnie niezmiernie i chociaż niosły różny ładunek emocji, jak z budowy atomu, to uznaję, że nic nie stało się ot tak sobie - we wszystkim widzę jakiś sens i dziękuję, że mogłam w tym uczestniczyć.
Wkraczam z nadzieją w każdy dany mi dzień czego i Wam życzę.
wtorek, 23 grudnia 2014
Niech!
Niech czas ma wreszcie masę czasu,
Niech bliskość będzie na wyciągnięcie ręki,
Niech opowieści będą wysłuchane,
Niech będzie tak jak lubicie, żeby było,
Niech pod choinką każdy znajdzie łaskę Dzieciny,
Wszystkiego najlepszego dla Was na to Boże Narodzenie i Nowy Rok!
Przy hornej dolinie w judzkiej krainie
Paśli my owiecki przy Betlejemie
A jańdzioły z jańdziołami
A pastuski z pastuskami
Do Betlejema, do Betlejema
My tyz hań pódziemy, owce zawremy
Jezuskowi dary od nos weźniemy
Parzenice z oscypkami,
A oscypki z plecionkami
Ku obdziwieniu, ku obdziwieniu
Niech bliskość będzie na wyciągnięcie ręki,
Niech opowieści będą wysłuchane,
Niech będzie tak jak lubicie, żeby było,
Niech pod choinką każdy znajdzie łaskę Dzieciny,
Wszystkiego najlepszego dla Was na to Boże Narodzenie i Nowy Rok!
Przy hornej dolinie w judzkiej krainie
Paśli my owiecki przy Betlejemie
A jańdzioły z jańdziołami
A pastuski z pastuskami
Do Betlejema, do Betlejema
My tyz hań pódziemy, owce zawremy
Jezuskowi dary od nos weźniemy
Parzenice z oscypkami,
A oscypki z plecionkami
Ku obdziwieniu, ku obdziwieniu
poniedziałek, 15 grudnia 2014
Chce się żyć.
Mimo wszystko. Żywotności nie da się tak łatwo zabić. Można ją przygasić, zmaltretować albo przytłamsić na jakiś czas a ona i tak prędzej czy później westchnie to swoje "chce się żyć" i od razu jakoś jest lepiej.
Czas był kiepski na życie za to dobry na roboty domowe. Łazienki błyszczą, okna też, kuchenne szafki pozbawione plamek cieszą oko. Nie lubię prac porządkowych, wydają się być bez sensu, nietwórcze a mrówcze i efekt nietrwały. Wolę gotować; zawsze wyjdzie coś ciekawego. W sobotę kurczak wyszedł po chińsku. Wyszedł i nie wrócił, i niektórzy zawiedli się brakiem słodko-kwaśnej dokładki.
Film o takim tytule obejrzeliśmy razem.

Bezsprzecznie wszystkich nas poruszył. pomógł zrozumieć,ze z ludźmi uwięzionymi w wymiarze kalectwa można znaleźć porozumienie, że są oni tak samo ważni jak my. Świetne role odtwórców postaci Mateusza. Bardzo dobry pomysł reżysera by narrację prowadził główny bohater, którego intencje najpierw poznaje widz a dopiero potem postacie drugoplanowe.
Naprawdę chce się żyć :)
Czas był kiepski na życie za to dobry na roboty domowe. Łazienki błyszczą, okna też, kuchenne szafki pozbawione plamek cieszą oko. Nie lubię prac porządkowych, wydają się być bez sensu, nietwórcze a mrówcze i efekt nietrwały. Wolę gotować; zawsze wyjdzie coś ciekawego. W sobotę kurczak wyszedł po chińsku. Wyszedł i nie wrócił, i niektórzy zawiedli się brakiem słodko-kwaśnej dokładki.
Film o takim tytule obejrzeliśmy razem.
Bezsprzecznie wszystkich nas poruszył. pomógł zrozumieć,ze z ludźmi uwięzionymi w wymiarze kalectwa można znaleźć porozumienie, że są oni tak samo ważni jak my. Świetne role odtwórców postaci Mateusza. Bardzo dobry pomysł reżysera by narrację prowadził główny bohater, którego intencje najpierw poznaje widz a dopiero potem postacie drugoplanowe.
Naprawdę chce się żyć :)
wtorek, 2 grudnia 2014
Czas odmierzam.
Miarkami słonecznika. Moje przyjaciółki nie są płochliwe. Czasami urządzają karczemne awantury w karmniku strosząc swoje czarno-żółte piórka a pod nimi siedzi Szpilka z rozdziawionym pyszczkiem, gotowa do skoku (spokojnie, karmnik wisi na tyle wysoko, by spasiony futrzasty tyłeczek nie doskoczył).
Dzień odmierzają mi dwa wsady do pralki i suszarki. Do jadłospisu zaordynowałam sobie trzecią kawę pitą między tę pierwszą a drugą. Słabo pomaga na wieczorną śpiączkę, więc włączyłam jeszcze herbatkę na rozum. A właściwie na mały rozumek jak powiedziałby Puchatek. Zawiera korzeń lukrecji (dlaczegóż nie mam tak na imię!), yerbę, rozmaryn a resztę stanowiły składniki, które zdążyłam zapomnieć :D Mieszanka ma smak gorzki i póki co niewiele rozjaśnia w małym rozumku.
Za wskazówki zegarka służą mi także obierane 2-3 razy w tygodniu ziemniaki. Pięcioosobowe stado zjada ich tylko 150kg w ciągu 10 miesięcy. Trzy worki, to niewiele. Dla porównania sąsiedzi w trójkę zjadają 7 worków tego ziemnego złotka w tym samym czasie.
Zepsuł się port kart SD w laptopie. No co chcesz, przecież spadł tylko 2 razy i to z niewysoka. Zniechęca mnie to do robienia zdjęć aparatem w aparacie. Posiłkuję się mulastym telefonem, który uważa za konieczne otwieranie miliona aplikacji jak tylko go uruchomię.
Dysk pęcznieje od niepooglądanych filmów. Jakoś mimo długich wieczorów nie ma kiedy... (no i ta śpiączka nagła ledwie zegar wybije 21.00...) Ostatnio mało co mnie wbija w sofę. No może bardzo wzruszający i zabawny

z naturalnie pięknie niezrobioną Helen Hunt.
Wczorajszy

nie bardzo poruszył. Obsada doborowa a brakło konkretnej historii...

Za to ten z przesłaniem.
Na okrasę dołożyliśmy sobie "Rewizora", którego spektakl po raz kolejny udowodnił, że teatr telewizji może być świetny pod każdym wzgledem. Wielkie brawa ode mnie za pienińskiego flisaka jako stangreta. Świetny Stuhr i Kulesza i zupełnie rześki, jakby wskrzeszony Rysiek z Klanu :)
Koło nosa przeleciał nam Obywatel, bo nasze kino jest małostkowe i woli grać nosicieli kasy. No cóż, Pan Gryzoń opłacił to i owo w nadziemnej telewizji, to liczę, że niedługo pokażą go tam.
Z cyklu, co w domu słychać miedzy reklamami:
- Mamo, dlaczego ty nie chodzisz na babskie wieczory?
- Bo wolałabym, żeby były męskie.
Po wilgotnym Dublinie pod rekę z Bloomem już się przeszłam. Nie wszystkie epizody podobały mi się. Im bardziej był rozedrgany i natłoczony epizod tym lepiej przyswajałam. Teatralny był dla mnie klapą, ale jak wiadomo nie jestem znawcą.
Teraz genialny urywek z Marqueza, taka moja spodobajka :)
Dzień odmierzają mi dwa wsady do pralki i suszarki. Do jadłospisu zaordynowałam sobie trzecią kawę pitą między tę pierwszą a drugą. Słabo pomaga na wieczorną śpiączkę, więc włączyłam jeszcze herbatkę na rozum. A właściwie na mały rozumek jak powiedziałby Puchatek. Zawiera korzeń lukrecji (dlaczegóż nie mam tak na imię!), yerbę, rozmaryn a resztę stanowiły składniki, które zdążyłam zapomnieć :D Mieszanka ma smak gorzki i póki co niewiele rozjaśnia w małym rozumku.
Za wskazówki zegarka służą mi także obierane 2-3 razy w tygodniu ziemniaki. Pięcioosobowe stado zjada ich tylko 150kg w ciągu 10 miesięcy. Trzy worki, to niewiele. Dla porównania sąsiedzi w trójkę zjadają 7 worków tego ziemnego złotka w tym samym czasie.
Zepsuł się port kart SD w laptopie. No co chcesz, przecież spadł tylko 2 razy i to z niewysoka. Zniechęca mnie to do robienia zdjęć aparatem w aparacie. Posiłkuję się mulastym telefonem, który uważa za konieczne otwieranie miliona aplikacji jak tylko go uruchomię.
Dysk pęcznieje od niepooglądanych filmów. Jakoś mimo długich wieczorów nie ma kiedy... (no i ta śpiączka nagła ledwie zegar wybije 21.00...) Ostatnio mało co mnie wbija w sofę. No może bardzo wzruszający i zabawny
z naturalnie pięknie niezrobioną Helen Hunt.
Wczorajszy
nie bardzo poruszył. Obsada doborowa a brakło konkretnej historii...
Za to ten z przesłaniem.
Na okrasę dołożyliśmy sobie "Rewizora", którego spektakl po raz kolejny udowodnił, że teatr telewizji może być świetny pod każdym wzgledem. Wielkie brawa ode mnie za pienińskiego flisaka jako stangreta. Świetny Stuhr i Kulesza i zupełnie rześki, jakby wskrzeszony Rysiek z Klanu :)
Koło nosa przeleciał nam Obywatel, bo nasze kino jest małostkowe i woli grać nosicieli kasy. No cóż, Pan Gryzoń opłacił to i owo w nadziemnej telewizji, to liczę, że niedługo pokażą go tam.
Z cyklu, co w domu słychać miedzy reklamami:
- Mamo, dlaczego ty nie chodzisz na babskie wieczory?
- Bo wolałabym, żeby były męskie.
Po wilgotnym Dublinie pod rekę z Bloomem już się przeszłam. Nie wszystkie epizody podobały mi się. Im bardziej był rozedrgany i natłoczony epizod tym lepiej przyswajałam. Teatralny był dla mnie klapą, ale jak wiadomo nie jestem znawcą.
Teraz genialny urywek z Marqueza, taka moja spodobajka :)
"Był to
pierwszy mężczyzna, którego Fermina Daza usłyszała siusiającego. Usłyszała go w noc poślubną, gdy leżała powalona mdłościami w kajucie statku wiozącego
ich do Francji i odgłos tego tryskającego z końskim
wigorem źródła wydał jej się tak potężny i obdarzony taką mocą, że zdjęła ją jeszcze większa trwoga przed przeczuwaną przez nią rzezią.
Wspomnienie to, w miarę jak lata osłabiały siłę strumienia, często odżywało w jej pamięci, bo nigdy
nie mogła pogodzić się z tym, że za każdym
razem zostawiał obsikany brzeg muszli."
Subskrybuj:
Posty (Atom)



