poniedziałek, 20 października 2014

Krzesełka dwa.

Magiczna liczba czterdzieści i cztery stuknęła mi podczas intensywnych prac ogrodniczych w sobotę. Ponieważ na Podhalu jesień już się kończy, przedłożyłam porządki ogródkowe ponad własne urodziny. Nie mniej jednak udało mi się wieczorem poświętować przy zamówionej pizzy i podczas seansu w kinie.


Serce rośnie, bo oto następny dobry film polski. Tomasz Kot stworzył Religę, którego pamiętam - charakterystyczne zgarbienie, mimika twarzy, nieodłączny papieros. Film, który został zrobiony w skromnych warunkach jako żywo przedstawiających ówczesne czasy, robi z widzem to co film powinien zrobić: smuci, rozwesela, trzyma w napięciu, pozostawia w głowie pytania, na które samemu trzeba odpowiedzieć i nie pozwala opaść napięciu przez cały czas trwania projekcji. Do tego odpowiednia muzyka i nawet nie spostrzegamy się, że historia dobiega końca. Ten film dowodzi, ze mimo innej macierzy niż Hollywood można zrobić dobre kino i u nas :)


Pozdrawiam poniedziałkowo :)

czwartek, 16 października 2014

Oczarowuje mnie ta jesień całkiem.


W takiej scenerii chodzić na zakupy to sama przyjemność! Jutro jadę do Krakowa a w sobotę biorę się w końcu za ogródek chociaż miałam w planach iść na Turbacz z młodzieżą...


Jesienne dni osładzają także takie "kwiatki" :))) Uwielbiam pracować z dziećmi. Wśród dzieciaków, które przychodzą na korepetycje mam troje dysortografów i dyslektyków.  To ich sukcesy cieszą mnie najbardziej, bo wiem ile trudu wkładają w opanowanie każdego nowego słowa zarówno w mowie jak i w piśmie. 

ICE SCREAM w życiu bym nie wymyśliła a bardzo podoba mi się to nowe słowo autorstwa ucznia klasy IV :)

środa, 15 października 2014

1982

Znowu mam 12 lat i siedzę przed telewizorem wydzierając się i kopiąc nogą powietrze. Zamiast Żmudy, Młynarczyka, Lato, Bońka czy Kupcewicza Sobota, Milik, Lewandowski, Mila, niezdarty Glik i Szczęsny. Deja vu jak słowo daję, bo w międzyczasie nie obejrzałam żadnych rozgrywek polskich piłkarzy, mecz z Niemcami oglądaliśmy u nas a ten wczorajszy u znajomych. Koleżanka na nieszczęście zauważyła, że Nawałka jest przystojnym facetem a ja na nieszczęście potwierdziłam to i się zaczęło. Drugą połowę meczu nasi panowie dramatyzowali, że nie mają u nas szans "nikt nie jest w stanie tak szybko się zestarzeć!" wytykając nam nasze gusta w międzyczasie wznosząc okrzyki odpowiadające akcji na ekranie. Nawet nie wiedziałam, że znowu tak polubię piłkę nożną :)

Ciekawe czy mój ojciec też tak krytykował Włodka Smolarka, w którym oficjalnie kochała się wówczas moja mama?


Turecka Krystynka  ;-)


Przed meczem miałam puszczony filmik instruktażowy z you tube odnośnie fryzury "na  Ronaldo".
- Mamo a kto cię uczył strzyc?
- Nikt.
- To jak się nauczyłaś?
- Z wieloletniej praktyki.
Dzisiaj najmłodszy Kołek poszedł w nowej fryzurze do szkoły. To nic, ze gra na innej pozycji niż jego idol. Liczy się fryzura ;-)

Kołek po zetknięciu się z turecka kulturą, kilka lat temu podczas festiwalu dziecięcych zespołów regionalnych, definitywnie ściął długie włosy i już do nich nie powrócił. Za to jak mantra powraca z tematem farbowania na czarno, bo po pierwsze Ronaldo a po drugie na wypadek wizyty w Turcji już żadna Turczynka nie będzie macała jego splotów ni kradła mu całusa :D


Tymczasem farbuję się ja. Jak Adam Słodowy - zrób to sam, bo czas w salonie fryzjerskim jest czasem straconym ;-)


poniedziałek, 13 października 2014

Orhan Pamuk Kale czyli Nobel dla natury.

W Turcji, przed rządami Ataturka, nie istniały nazwiska. Był sobie Mustafa syn Sulejmana albo Pakize córka Fadis i to wszystko. Oczywiście panował chaos w spisie ludności i dopiero Ojciec Turków wprowadził obowiązek używania nazwiska. Ale dla Turków nie było z tym problemu, bo skoro imiona wymyślają na poczekaniu i mają one zawsze jakieś znaczenie; Mustafa-wybrany itd, to i nazwiska sprokurowali sobie w miarę sprawnie i zazwyczaj pochodzą one od zawodu, cech charakteru itd. Przodkowie tureckiego noblisty zajmowali się więc bawełną.







Skały wulkaniczne góry Cokelez.

Bawełniany Zamek, Bawełniana Twierdza. Pamukkale oślepia zwiedzających śnieżną bielą wypłukanych ze skał związków wapnia. Wody termalne mają działanie lecznicze ale żeby tego działania doświadczyć na pewno nie wystarczy jedna kąpiel. Zespół skał oblanych biała glazurą  i źródła termalne figurują na liście UNESCO. Wstęp na naturalne tarasy został zabroniony w 1997 r, dla turystów ta sama termalna woda została puszczona po południowej stronie góry Cokelez i wkrótce pokryła naturalnym osadem sztuczne, betonowe tarasy. Mozna się tam moczyć po zdjęciu obuwia. Niektórzy  zaliczają kąpiel w ubraniu i z aparatem na szyi - osad wapienny tworzy na dnie śliskie błotko.



Północ.


Południe.


Cud wart zobaczenia, to pewne. Ale gdybym miała jeszcze kiedyś go oglądać, to wybrałabym się tam zimą o wschodzie słońca. To miejsce powinno się kontemplować a nie konsumować.

 
Konsumpcja
.

Kontemplacja - jako że stopy ni oczu, ni uszu nie mają ;-)

wtorek, 30 września 2014

Anturaż II czyli czujesz się tak jak cię oceniają.


W takim wydaniu łopoczac nogawkami byłam zmuszona jechac rowerem drugi raz do sklepu. Pierwszym razem poszłam się lansować do naszej galerii. Lans świadomy, żeby nie rzec prowokatorski, odbył się wolnym spacerkiem (obcas 5 cm) po dwóch sklepach. Byłam nastawiona na przyspieszone reakcje personelu i nie omyliłam się w przypuszczeniach. Do sklepu modowego zaglądam czasami i zawsze ubrana jakbym z boiska zeszła - reakcji nie wywołuję prawie żadnej. No, najwyżej ktoś mnie tam od niechcenia zapyta czym może służyć gdy zaplączę się w okolice lady. Tymczasem dzisiaj normalnie mnie osaczono w tym samym sklepie. Każda z obecnych ekspedientek podeszła do mnie z zapytaniem. Każda. Poczułam mieszankę emocji, pomieszałam w wieszakach i poszłam do sklepu młodzieżowego obok. Tam okazałam się być niewidzialną w klasycznym anturażu :D Bardzo młode ekspedientki nie okazały mi ani krzty zainteresowania. Żadnego czym mogę służyć, co podać, czego pani szuka. Może to i lepiej, bo poprzednim sklepie miałam niesmak. Kupiłam spodnie z wyprzedaży za 40 zł.

Wracając modelingowym krokiem czyli zakładając nogę za nogę i kołysząc biodrami (bo uważam, że butom na obcasie należny się jednak jakiś niesportowy krok :D) odbierałam kątem oka wykręcone szyje znajomych panów (takich z ogródka piwnego) i tak sobie rozmyślałam, że porzekadło "jak cię widzą tak cię piszą" nie poddaje się falom osiągnięć cywilizacji jakimi są  dobre wychowanie czy wykształcenie lub przygotowanie do pracy. Przykro się robi jednak czasami gdy jest się ocenianym tylko z wyglądu. Śmieszne i straszne jest to po trosze, bo z jednej strony mój wygląd ze zdjęcia jest wypadkową ubrań z przeceny albo lumpeksu a jedynymi markowymi rzeczami są buty Lasockiego z wyprzedaży i stary, ośmioletni żakiet bebe też z wyprzedaży. Nie przywiązuję wagi skąd mam ubrania, bardziej zależy mi, żeby dobrze się w tym czuć. Nie uważam rzeczy "metkowych" za lepsze od tych ze sklepów niesieciowych. Sieciówki bardzo mnie rozczarowują jeśli chodzi o rozmiarówkę i dbałość o wykończenie odzieży, że nie wspomnę o jakości materiałów użytych do ich produkcji. Czuję coraz głośniejsze wołanie maszyny do szycia. Tym bardziej, ze odkryłam sklep, w którym mają sztruks, flanelę, ryps bawełniany, atłas, aksamit. Pewnie made in China, ale jaka to róznica skoro żakiet sprzed ośmiu lat także made in China?

A po co jechałam na zakazanym rowerze? Po kilogram maki, bo miały być naleśniki.

poniedziałek, 29 września 2014

Pani z biura.

Ponieważ mam chwilowy zakaz poruszania się ulubionym środkiem lokomocji czyli rowerem (no weź nie żartuj, ze te 300 m do sklepu nie możesz!? - Pan Gryzoń) postaram się go wykorzystać na zmianę swojego anturażu ze sportowego na tak zwany kobiecy. Szczerze nie rozumiem dlaczego ubrana na sportowo kobieta jawi się niektórym niekobieco, ale skoro już  nawymyślali tych stylów, to proszę bardzo mogę się przebierać, pod jednym warunkiem; że nikt nie każe mi robić tego kilka razy dziennie. Tego jako nietypowa kobieta szczerze nie znoszę. Na rowerze raczej słabo się jeździ w spodniach ze zwiewnymi nogawkami a jeszcze słabiej w spódnicy. Niby mój rower jest prawie, że miejski, ale po wypróbowaniu w lecie jazdy spódnic owej wiem już , ze rozpiętość tychże nie współpracuje z zasięgiem ruchu moich nóg :D


Z nieodłącznym sportowym plecaczkiem (pewnych spraw nie jestem w stanie zmienić, takich jak preferencja noszenia zakupów na plecach i wolność rąk własnych) pani z biura poszła po dwa mleka i sera pięć deka ;-)



Strasznie cieszę się, że dzisiaj jest już poniedziałek :D



piątek, 26 września 2014

Deszczowo.

Świat zza zasłony delikatnej mgiełki dżdżu przybiera kropelkową postać chorób przenoszonych taką drogą. Chusteczki obejmują nosy, szale otulają szyje, mgła przywiera do policzków nawilżającym kompresem, zakwitły grzyby kolorowych parasoli. Radio szumi wespół z kuchennym okapem. Pachnie rosołem z lubczykiem i czerwoną kapustą. Zaraz będę smażyć jesienny gulasz pełen czerwonej papryki. Mnie tej ostatniej nigdy dość. Jesienią chrzęści w zębach słodyczą lata taka papryka. Wczoraj było trójkolorowe leczo. Taki dzień jest dobry na gotowanie, nie żal spędzić przy kuchennej ladzie całego przedpołudnia. Szykuję jedzenie na wyrost. Z kilku powodów. Bo lubię gotować hurtem, bo lubię mieć czasami "gotowca" pod ręką.
  Jakis chochlik zajmuje się przerabianiem zdjęć w telefonie. Niech mu będzie ;-)


Resztki, jak mawiała moja babcia gieorgini, przykrywa delikatna mgiełka. Lubię jesień nie mniej niż inne pory roku a kto wie czy nie więcej?

Dobrego tygodnia :)