poniedziałek, 12 września 2016

Wakacyjne czytanie.


Jeśli chodzi o tegoroczną nominację na książkę lata, to waham się pomiędzy dwoma pozycjami "Kosmos" Gombrowicza oraz "Jedzmy, wracajmy" Odojewskiego. Owszem przeczytałam więcej pozycji, ale szczerze mówiąc te dwie przyćmiły pozostałe na tyle, że cała reszta wydaje mi się jakimś bezbarwnym zbiorem kryminałków i obyczajóweczek, o których przestałam pamiętać zanim zaczęłam czytać.

"Kosmos" nierówny; a to ciągnący się jak ciepły karmel- nużący i pozorny spokój, a to drżący, nerwowy niepokój- dręcząco nasycony pytaniami bez odpowiedzi. Niby nie wiadomo o co chodzi ale kiedy czytasz czujesz, że masz takie historie w sobie, że kiedyś byłeś/jesteś/ będziesz to ty.

Odojewski jest mistrzem w stylu Myśliwskiego. Długie, wielokrotnie złożone zdania, przepiękny i obrazowy język, czas zaprzeszły; no miód na moje potrzeby czytelnicze. I tylko pytanie dlaczego tak późno odkryłam tego autora? Wyczytałam w jakimś artykule czytanym przypadkowo, że młodzi adepci pisarstwa powinni od niego nauczyć się budowania swojego rzemiosła. "Jedżmy, wracajmy" to zbiór opowiadań. Genialnie wyważony ciężar akcji, dobór bohaterów no i te obrazowe opisy, zaiste jest się na czym wzorować.

Naprawdę więcej książek nie pamiętam, a przecież przeczytałam ich całkiem sporo tego lata.

A na Was jakie lektury zrobiły wrażenie podczas tegorocznego lata?

środa, 7 września 2016

Let your son grow.




Na straganie, w dzień sierpniowy takie słyszy się rozmowy:

- Niech pani weźmie dwa pudełka tych malin jak mąż prosi.

- No cóż synu, są dwie opcje; albo ja wyglądam tak młodo albo ty tak staro.


Wczoraj zdał egzamin na prawo jazdy. W maju zda maturę, wyprowadzi się.

Niesamowite.

Widzę młodego człowieka niezależnego, z własnym spojrzeniem na rzeczywistość, dojrzewającego  i pragnącego zmian, zdeterminowanego na te zmiany i... I wiecie co? Ja mu tego zazdroszczę, bo on jest bardziej świadomy siebie niż ja byłam w jego wieku. Cieszę się, że udało nam się ukształtować go na samodzielnego i pewnego siebie mężczyznę. I cieszę się, ze możemy być z nim kiedy wchodzi w dorosłość. Niech czerpie siły z naszego oparcia.


Wrócę kiedy będę

I muszę wierzyć, że nie stanie się nic złego.








wtorek, 26 lipca 2016

Po książki do ludzi.

Świadoma odmienności swojego gustu literackiego od większości czytelników nieustannie sięgam po opinie innych, żeby przekonać się co ich zachwyca ale też żeby nie zamknąć się hermetycznie w tym co lubię najbardziej. Od ostatniego wpisu o książkach minęło sporo czasu, więc udało mi się całkiem sporo przeczytać.

Po pierwsze odkładana na potem "A little life". Jakże się cieszę, że dostałam ją w prezencie i mogłam przeczytać w oryginale. Po pierwsze uświadomiła mi zmiany w kanonach literackich anglojęzycznych a po drugie po prostu mnie wciągnęła. Stojac z oryginałem w Empiku i porównując teksty cieszyłam się tym bardziej, że nikt mi nie "skrzywił" tłumaczeniem całości. Cokolwiek nie powiedziano o tej pozycji jednego nie można jej odmówić - bardzo dobrze rozłożony ciężar akcji, dzięki temu musisz po prostu czytać dalej. Osobom mającym tendencję do popadania w smutek zdecydowanie odradzam czytanie tej lektury w sezonie jesień/zima. Ogrom bólu, cierpień fizycznych i psychicznych potrafi przytłoczyć nawet w najdłuższy dzień lata.



Kolejną pozycję też wciagnełam w oryginale chociaż doszły mnie słuchy, że polski przekład "Everything I never told you" jest nadzwyczaj udany. Portret amerykańskiej rodziny w obliczu tragedii. Lektura uświadamia, ze tak naprawdę nawet najbliższe otoczenie, najbardziej ukochani ludzie mają swoje tajemnice, potrzeby i marzenia, o których nierzadko dowiadujemy się w ekstremalnych sytuacjach. Nigdy nie można przewidzieć i odgadnąć drugiego człowieka, zwłaszcza w sytuacjach kiedy ma się pewne oczekiwania względem współmałżonka czy dzieci. A oczekiwania ma się zawsze.


"Buszujący w zbożu" to juz kanon literatury amerykańskiej. Przeczytałam, bo byłam ciekawa co też wzbudzało taka sensację na amerykańskim rynku księgarskim ponad pół wieku temu. Z pewnością narracja w stylu wypowiedzi nastolatka była odkrywcza. Oczywiście z  dreszczykiem emocji i z wypiekami musiano czytać zaznaczone urywki traktujące o seksualności :D Na dzień dzisiejszy jest to amerykańska lektura w szkołach średnich. Wulgaryzmy w polskim tłumaczeniu nie zszokują dzisiaj nawet przedszkolaka.



"Budda z przedmieścia" to w zasadzie taka tematyka jak w  "Buszujący w zbożu" tylko zdecydowanie odważnej i śmieszniej. No ale nie dziwmy się, książka napisana dobrych kilka dekad później i w bardziej liberalnym środowisko niż purytańska Ameryka. I ta pozycja traktuje o dojrzewaniu jako procesie przedstawionym w pierwszej osobie. Mój egzemplarz okraszony przedmową Zadie Smith, którą zaczęłam czytać, a która niestety zepsuła mi radość czytania nieznanego (pełno cytatów). Rozbawiona jednak przeczytałam tę pozycję myśląc w duchu, że gdybym ją dorwała przed cyklem "Klaudyny" Colette czy przed "Zwrotnikiem Raka" Millera  czyli jakieś 30 lat temu, to pewnie były by i rumieńce i przyspieszony puls, a teraz miałam po prostu niezły ubaw z przygód Karima.



"Musiałam umrzeć" Chadżidża rosnie w małej wiosce na Kaukazie i właśnie ten etap zycia głównej bohaterki wydał mi się napisany najlepiej. Być może dzięki temu, że dość szczegółowo zostały opisane wiejskie obyczaje, otoczenie i bohaterzy drugoplanowi. Gdy dorosła już dziewczyna przenosi się do upragnionego miasta miałam wrażenie, że to coś sie zepsuło w narracji. Niemniej książka na czasie, szczególnie w obliczu wysypu ataków terrorystycznych, które miały miejsce niemalże zaraz po przeczytaniu tej pozycji.
Musiałam umrzeć

"Wołanie grobu" sprawnie napisany kryminał oparty na założeniu "mamy sprawcę i teraz musimy mu udowodnić zabójstwa" czyli konwencja od tyłu. Trzyma w napięciu, gubi tropy aczkolwiek jak dla mnie w zbyt oczywisty sposób nakreślona osoba podejrzana. Czytając ostatnio kryminały zastanawiam się czy nie powinnam robić tego bardziej powierzchownie, tak by nie wyhaczyć wszystkich faktów i przesłanek przed tymi, którzy prowadzą śledztwo? :D Tak czy siak, na plaży się sprawdził - dwa dni byłam w innym świecie.


Wołanie grobu

"Dom z witrażem". Hmm, uroiłam sobie zapewne, że wszystkie pozycje nominowane do nagrody Nike muszą być w "mój deseń", no i musiałam wyleczyć się z tego urojenia. W tej książce jest albo czegoś za dużo, albo czegoś zbyt mało jak dla mnie. Ciekawa historia rodu opowiedziana ze szczególnym wskazaniem na kobiety, piękne opisy Lwowa i zupełnie dziwne w tym zestawieniu; albo romans głównej bohaterki, albo patriotyzm - nie wiem, końcówka tej książki zawiała mi jakimś patetycznym uniesieniem.

Dom z witrażem

No to byłoby na tyle, pominęłam pozycje, które zupełnie nie pozostawiły we mnie żadnych wrażeń - aż niewiarygodne, że ktoś pisze takie pozycje a już najmniej do uwierzenia, że ktoś je publikuje.

Za jakiś czas opowiem znowu o moich żywotach równoległych, stosik nagromadzonych pozycji jakoś mi zawsze dziwnie pęcznieje :) Pozdrawiam :)



poniedziałek, 25 lipca 2016

Rekordowy rekord.

Zdarzało się nam już pokonywać te 1000 km w różnym czasie, odbiegającym od normy 12 godzin. Tegoroczny powrót z chorwackiej wyspy Pag przekroczył jednak normę w nieumiarkowany sposób. 33 godziny spędzone w samochodzie (dwie ponad dwugodzinne pauzy na "spanie") i rekordowe 120 km pokonane w ciągu 12 godzin nie zniechęciły żadnego z uczestników wyprawy na podobne wakacje w przyszłym roku. Przyczyna był wiejący halny z prędkością odpowiadającą 9/10 stopniom w skali Beauforta. Zamknięto autostradę prowadzącą na wybrzeże oraz niektóre odcinki magistrali adriatyckiej czyli "jadranki", która wygląda jak "zakopianka" od Nowego Targu do Zakopanego. Korki, które utworzyły się natychmiast sięgały ponad 10 km i nim zorganizowano objazd poprzez Welebit to się stało i czekało w megakorku. Na szczęście jadła i picia był ci u nas dostatek, więc nie było nerwów o podstawy przetrwania. Graliśmy w karty i w "Czarne historie" i bujani podmuchami udawaliśmy, że śpimy wygodnie w aucie. Bura, czyli tamtejszy halny, szalała dwa dni uniemożliwiając wygodne podróżowanie turystom jadącym z i na wybrzeże Zamknięte były mosty i promy. Plitwice, które chcieliśmy zwiedzić w drodze powrotnej, są prawdopodobnie nadal tak oszałamiająco piękne jak były ostatnim razem :)

A same wczasy? Panie, nudna nuda, rzekna Ci którzy podczas wyjazdów muszą zwiedzać, muszą być re-animowani, muszą coś robić, bo inaczej się nudzą.

- Mamo, tylko nudni ludzie się nudzą - złota myśl na plaży naszego średniego syna najlepiej oddaje moje zdanie w tym względzie.

Na szczęście my nie doświadczamy tego na własnej skórze. O tych pozycjach, które przeczytałam "nudząc się" na wsi zabitej dechami nadmienię wkrótce. Dzisiaj tylko dodam, że nasi chorwaccy przyjaciele i znajomi okazali nam jak zwykle wielkie serce i wzruszyli nas swoją pamięcią i hojnością :)









Vidimo se uskoro!!!



piątek, 17 czerwca 2016

Oceny ocenione.

Tak, właściwie nie ma juz nic do powiedzenia. Oceny w szkołach ocenione. I bardzo dobrze, że to za nami i bardzo dobrze, że oceny mieszczą się w granicach przenikania do kolejnych klas. Nie sa to oceny moich dzieci, bo gdyby tak było każde świadectwo byłoby ze szczerozłotym paskiem. Bo to bardzo dobrzy ludzie są, inteligentni, wrażliwi, bystrzy z humorem i wyobraźnią. Mało tu pisze o nich, bo....


.... jakoś nie umiem się dziećmi chwalić publicznie i zachwyt zostawiam w środku  lub słyszą go tylko oni sami....

.... nawet nie noszę zdjęcia w portfelu, żadnego z nich, ani męża (o czym przypominam sobie stojąc w kolejce do kasy gdy kobieta przede mną otwiera portfel z galerią....

....na komórce tez nie mam wiele ich zdjęć, może 2 - 3 (znowu któregoś z nich brakuje)...



Mało tu pisze o nich, bo oni zawsze byli dla mnie oddzielnymi bytami wymagającymi czasu i uwagi oraz szacunku. Dopiero spojrzenie z dystansu czasu i doświadczeń uświadamia mi ilość pracy włożonej przez nas jako rodziców w tych wspaniałych młodych ludzi. Widzę, że nie chodziliśmy przy tym na skróty. Jacyś tacy przeraźliwie odpowiedzialni byliśmy, aż do granic absurdu chyba. Zawłaszczyliśmy sobie ich na te pierwsze kilka lat na dobre, pazurami wpięci w ich żywoty chociaż z drugiej strony w naszej postawie była "nieodpowiedzialność" dawania im swobody wyborów(to wg starszego pokolenia), lekceważenie potencjalnych zagrożeń i co najbardziej chyba zastanawiające; trzymanie parasola ochronnego w stanie złożonym w jakiejś komórce naszego serca. Pewnie, że kusił otwieraniem, kusi do dziś, ale kto powiedział, że tenże parasol ochroni ich przed życiem? Życie to nie bajka, realia i prawda zawsze były priorytetem naszego postępowania. Ideałów jednak nie było, nie ma i nie będzie - też się nie oszukujemy w tym względzie.  Dalej jest zapierdziel chociaż w ciągu ostatnich kilku lat w zupełnie innym wymiarze.

Dzisiaj powiem, że rodzicielstwo to niekończąca się inwestycja pod względem fizycznym, psychicznym i emocjonalnym ale kiedyś, kiedyś tam nie chciało mi się inwestować i wiecie co? Jakże się cieszę, że mnie KTOŚ przekonał :)))


Ostatnio odwiedził nas znajomy. Była sobota, chłopcy mieli wolne z okazji Dnia Dziecka, więc oświadczyłam mu, że muszę dokończyć ich rejony. Ten znajomy, sam ojciec dwóch dorosłych synów, jeszcze z roczników poborowych i zdziwił się

- Jak to, oni sprzątają dom?!? Co tydzień???
- Tak.

A ja zdziwiłam się w duchu, że mogłoby być inaczej. Na nasze trzy niekończące się inwestycje patrzymy z dumą.

czwartek, 9 czerwca 2016

Książki ostatniego czasu.

Ten wpis nie będzie zestawem recenzji. Jest raczej zestawieniem mojego czytelniczego gustu. Tak się ostatnio składało, że przeczytałam całkiem sporo polskich autorów. Serce mi rośnie, że oni są, i że piszą tak dobrze - tzn tak jak ja lubię czytać :)

On

"On" wepchał mnie na powrót w powijaki lat 80 tych. Na tę pozycję czekałam wytrwale tuż po lekturze "Szopki" niecierpliwiąc się i tupiąc nogą "dlaczego ona tak długo pisze?!". Pisze długo, bo ręcznie i na pewno nie pismem mechanicznym. Napakowana przenośniami i porównaniami, odniesieniami i skojarzeniami jest tym czego szukam w literaturze - dostarczycielem wrażeń, wzruszeń z bliskiego sercu czasu i miejsca, bowiem akcja dzieje się w Krakowie. Onego znajdziecie  w każdej klasie, na każdym podwórku, w każdym zakładzie pracy - On jest ale większość nie chce o tym wiedzieć.
Jolanta

"Jolanta" rozgrywa się dekadę później. Chutnik zajęła się jedną bohaterką i jej problemami i mam wrażenie, że wyszło jej to doskonale. Jola nie wie dlaczego jej życie jest jakie jest. Szuka powiązań i odpowiedzi, nie znajduje. Jej życie wypełniają jakieś substytuty, których nie może ogarnąć. Dzięki "Jolancie" wiem więcej o depresji niż z relacji dotkniętych tą chorobą.

Okrucieństwo, brzydota, zabobony zmieszane z pięknem i dobrocią, gdzieś w międzyczasie, gdzieś gdzie wszystko się wydarza, gdzieś gdzie żyli i nadal żyją ludzie. Opowieść została podzielona na trzy strefy czasowe, jak dla mnie zupełnie zbędny podział, podczas których opowiedziane są losy jednej z rodzin - może mojej, może twojej. Czyste zdania, przejrzysta konstrukcja a jednak świetnie oddaje i blaski i mroki. Po prostu "Dygot".



"Podkrzywdzie" jest wsiowym światem wsiowych ludzi. Niby o tym samym co "Dygot" ale zupełnie inaczej opowiedzianym. Działają tam oniryczne zjawy wykreowane językiem pokrętnym, pełnym przenośni i przeniesień. Powieść bardzo mi się podobała aż do ostatniego momentu kiedy autor zdecydował się na ujawnienie tajemnicy tajemnic rodowej klątwy. Ja się pytam, po co?, lepiej to było zostawić niedopowiedziane. Lepiej i dla nas czytelników, lepiej i dla samej opowieści.



Czego się mozna spodziewać po książce za 5 zł? Wszystkiego, tym bardziej podróży opowiedzianej w sposób niebanalny i bez zadęcia  (piszę to złośliwie w odniesieniu do innych publikujących teksty o swoich podróżach, które rozsadza ego autora/autorki). Dziewczyna postanowiła pojechać sama tam gdzie kobiety same nie podróżują - niby nie na krańce świata, można by rzec niemalże za miedzę, a jednak większa egzotyka niż na dachu świata lub w dżungli panamskiej. Cóż, zachorowałam na Wschód i tyle!

Czytałam w tak zwanym międzyczasie jeszcze mnóstwo innych pozycji ale z moim gustem nie dyskutuję nawet ja sama :D

piątek, 3 czerwca 2016

Brazo de Reina - ramię królowej po polsku.

Długi czas żyłam w pewnej nieświadomości  względem nazewnictwa własnych wypieków, którym dawałam tak pospolite nazwy jak np biszkoptowa  rolada z truskawkami, aż w ubiegłym tygodniu miałam okazję poplotkować o kulinariach z rodowitą Kolumbijką. Spotkać się nam przyszło na niezwykle miłej uroczystości międzynarodowego szczebla, która odbywała się o rzut beretem od Miasta. Seniora G wraz z mężem Seniorem F zajadali się zwykłą polską kaszanką wychwalając jej idealne walory smakowe przywodzące im na myśl rodzinną morcillę, z której podobno w Kolumbii robią niezła "kaszanę" doprawiając ją kminkiem, oregano i innymi zbędnymi dodatkami. Ta nasza, wyprodukowana na Podhalu, jest jedyna poprawna wersją kaszanki jaka powinna obowiązywać wszędzie :)

Ale wracając do słodkości. Seniora G przytargała nielegalnie przez Atlantyk  produkty, z których ochoczo tworzyła kolumbijskie przysmaki. Mieliśmy więc okazję spróbować pandebonos i arepas. Mnie smakowały i jedne i drugie ale Pan Gryzoń wolał pandebonos. Niestety na deser już nie doczekaliśmy się - trzeba było wracać z miłej gościny i zająć się porzuconym potomstwem (chociaż ono wcale się do tego zaopiekowania nie garnęło). Kiedy wróciliśmy i zaczęliśmy opowiadać Puchaty miał wielkie pretensje, że żadnego z przysmaków nie wykradliśmy mu do spróbowania. No cóż, do wyrobu tych kolumbijskich dań potrzebne są składniki raczej niedostępne w zwykłym wsiowo-miejskim sklepie, więc małe szanse żebym odtworzyła je w domu. Co zaś do tytułowego ramienia, proszę bardzo seniora G chętnie zdradziła mi tajniki owego deseru i oto w Dzień Dziecka wylądowała przed potomkami rolada biszkoptowa undercover Brazo de Reina ;-)



I w taki oto sposób wykonywana przeze mnie od lat rolada biszkoptowa zyskała przepiękną nazwę o wiele bardziej intrygującą niż polska :) Oczywiście Brazo de Reina ma oryginalne wypełnienie z dżemu z guawy i karmelu. Uznałam jednak, że na tę porę roku lepiej pasuje bita śmietana i świeże truskawki.

Oto przepis na niezawodny biszkopt:

4 duże jajka
1/2 szklanki cukru
3/4 szklanki mąki pszennej
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Białka ubijamy stopniowo dosypując cukier. Kiedy piana jest już sztywna i nie wyczuwa się w niej kryształków cukru dodajemy żółtka nadal ubijając aż do całkowitego wymieszania. Przesianą mąkę z proszkiem mieszamy za pomocą łyżki z masą jajeczną. Wykładamy blaszkę papierem do pieczenia (najwygodniejsza jest blacha z trzema brzegami), na której równomiernie rozsmarowujemy masę biszkoptową. Pieczemy na środkowej półce w temp 180 st aż biszkopt nabierze złocisto brązowej barwy. Po wyciągnięciu upuszczamy kilkakrotnie blaszkę z ciastem z wysokości ok 20-30 cm - zapobiega to gwałtownemu opadnięciu biszkopta, po czym wykładamy gorące ciasto na czystą ściereczkę kuchenną do góry papierem. Papier ściągamy natychmiast i jeszcze ciepły placek delikatnie rolujemy razem ze ściereczką by nabrał kształtu rolady. Po schłodzeniu delikatnie odwijamy roladę i smarujemy wybranym nadzieniem po czym zwijamy ponownie, ozdabiamy wg upodobania i schładzamy w lodówce.

Smacznego :)