Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 września 2015

I tak będę skakać po tapczanie czyli żywieniowa prohibicja.

Drugie śniadanie odbija się czkawką. Mam swoje zdanie na ten temat. Bo wiem, że zakazane smakuje najbardziej i to chyba nic odkrywczego.

- Mamo, nie będzie drożdżówek w szkolnym sklepiku!

- Mamo, w kanapkach może być tylko sos jogurtowy!

-  Mamo, nareszcie nie będzie śmierdzieć frytkami w szkole!

Sposobów na ominięcie zakazów będzie wiele. Począwszy od kupowania słodyczy i gazowanych napoi w osiedlowym sklepiku po nielegalny handel batonikami na przerwie. Nie czarujmy się, to nie szkolne sklepiki czy stołówki są odpowiedzialne za wzorzec żywieniowy naszych dzieci. Dla mnie to naiwne, że ktoś zatwierdzający takie przepisy wierzy w ich skuteczność. Nikt nie zakaże ludziom konsumowania czego chcą tylko dlatego, że w ustawach czy przepisach będzie stało, że to niezdrowe. Nikt nie wycofa z obrotu  produktów wysoko przetworzonych, słodkich, słonych i ogólnie szkodliwych. Świadomość dobroczynności czy szkodliwości jedzenia powinno się zdobywać we własnym domu ale dobrze by wspomogli te działania edukatorzy od najmłodszych lat. Wierzę, że lepszy skutek odniosłaby lekcja żywienia w szkole, na której dzieci same przygotowałyby coś smacznego i zdrowego do jedzenia niż prostacki zakaz odgórny "nie, bo niezdrowe". Trzeba liczyć się, że są jednostki wysoce odporne na wiedzę i w takich przypadkach odporność można liczyć tylko w kaloriach spożytych cukrów prostych czy tłuszczów trans, bo tacy będą zawsze.

Moi synowie nie żywią się w szkolnej stołówce, nie dostają pieniędzy na zakupy w szkolnym sklepiku - mają kieszonkowe i z tego głównie pokrywają wydatek na swój telefon. Sporadycznie i to tylko w obliczu totalnego braku pieczywa w poniedziałkowy ranek dostawali kasę na drożdżówkę, a zdarzało się to rzadko, bo jestem na tyle wredna, że nie uważam czerstwego pieczywa za trujące ;P Z własnych pieniędzy nie kupowali w szkolnym sklepiku, bo po prostu mieli kanapkę ze zwykłego chleba z serem, wędliną i warzywami a do picia mineralną albo sok (bynajmniej nie z sokowirówki - taki dostają po szkole jak  matce starczy czasu by przygotować 3 kilo owoców lub warzyw).

W sprawie pierwszego wykrzyknienia; idę do szkoły koło piekarni, jak będę chciał to sobie kupię drożdżówkę, prawda? Prawda mój jedenastoletni synu, wielbicielu pączków z nadzieniem różanym, które to jadasz od wielkiego dzwonu, choć pewnie mógłbyś codziennie.

Drugie wykrzyknienie zostało spuentowane; jogurt też lubię, w ogóle wszystko lubię tylko niech nie wkładają mi do kanapki żadnej wędliny, ani tłustej ani chudej! Oczywiście synu mój najstarszy, pożeraczu pół bochenka chleba przy jednym posiedzeniu, wielbicielu chipsów bananowych i yerba mate.

Trzecie wykrzyknienie zostało poparte i moim aplauzem albowiem wstrętnie wchodzi się do budynku przepojonego wonią starej frytury. Temuż średniemu przyniosłam dzisiaj ciepłą drożdżówkę z serem, którą jawnie usiłowałam wcisnąć w przerośniętą łapkę na korytarzu szkoły z okazji doniesienia zakupionych ćwiczeń. "Mamo jestem tak najedzony, że zaraz bym puścił pawia po tej drożdżówce" No fakt! Poszedł po dużym śniadaniu na drugą lekcję. Drożdżówka skonała w moich trzewiach.


Minęły już czasy kiedy wyjadaliśmy z babcinych paczek świątecznych słodycze przeznaczone dla naszych dzieci. Rodzicielsko ustanowiona prohibicja na temat słodyczy  ustawała w dniu kiedy dzieci nasze wkraczały do przedszkola. Tam już nasze zachłanne pazury nie sięgały a w paczkach od komitetu zwanego Mikołajem musiało być coś słodkiego. Nie żebym ja tak uważała, to uwaga od Świętego a ja nie czuję się zobligowana, żeby temu przeczyć.

Mantra codzienna:

- Mamo, jest coś słodkiego?!
- Są owoce.*

* Słodycze też raz jakiś czas. Ścisła dystrybucja np paczka delicji na trzech a to co niepodzielne w paszczę szaleństwa rodziców. W końcu to są tylko dorośli, którzy też kiedyś byli dziećmi (w dodatku jedno z nich chowane na wyrobach czekoladopodobnych, po których ma awersję do czekolady, jeśli nawet nie traumę )


Nie jestem na diecie, nie byłam i nie będę. Lubię jeść. Lubię jeść czasami rzeczy ogólnie uznawane za niezdrowe. Używam soli i cukru. Nie wierzę, że samo jedzenie jest mi w stanie zapewnić bezwzględnie zdrowie i nieśmiertelność. Dbam o swoich najbliższych jedzeniem codziennie gotowanym w domu z produktów świeżych, nieprzetworzonych ale nie zawsze eko. W domu nie ma słodyczy, bo musiałabym zakupić sejf, a skoro nie ma to się ich nie jada - proste. Nie daje się też dzieciom żadnej kasy w drodze do szkoły, nie ma pokus - proste. Otyłość nie bierze się z nieświadomości, otyłość bierze się z lenistwa, niedbalstwa i nadużycia  lub choroby. Dobrze, że wycofano napoje gazowane i słodycze ze szkoły, to na pewno jest plus; nie ma nie kupisz. Ale czy tak dobrze popadać w skrajność? Czas pokaże. Moim zdaniem żadna rewolucja nie ma szans zacząć się odgórnie nakazami lub zakazami. Człowiek ma w sobie masę przekory, a człowiek młody to nawet masę masy.



czwartek, 23 października 2014

Łakocie na słocie.


Wyszłam z domu psiocząc na warstwowe ubranie, bo nie chciało mi się wyciągnąć cieplejszej kurtki. Zimny deszcz leje od wczoraj z różnym natężeniem. Świat zza okularów wygląda jakby ciągle lało nawet w sklepach. 

Z upodobaniem  zaczęłam życie przełknąwszy ostatni kęs zdobycznego pączka (w naszym mieście najlepsze pączki są w Rynku u Żarneckiego)



Na najlepszą kawę w mieście też można załapać się w Rynku, tuż obok piekarni ww ale ja wybieram zawsze jej drugą filię (brzmi dumnie :D), dwie ulice dalej od centrum.


Gorzko żałowałam tego pączka gdy zobaczyłam kuszący opis 13 kawałka nieba... No cóż, następnym razem pójdę tam z pełną premedytacją, po ubogim śniadaniu albowiem porcje wydawane w tej kawiarni są zawsze słusznej wielkości :)


Deja vu w Bodrum.


Najlepsze co jadłam w naszym hotelu :) Mimo regionalnej kuchni, potrawy hotelowe były jak na mój gust mocno zeuropeizowane czego nie można było zarzucić prawdziwej kawie po turecku czy herbacie o cierpkim, wiśniowym posmaku, niebiańsko słodkiej. Te proste placki podbiły moje podniebienie z prostej przyczyny; były pikantne (nadzienie ziemniaczano -serowe z owczym serem, ziemniaczono- paprykowe i ziemniaczano- mięsne) i tak doprawione, że tylko w nich nie czułam "swądu" baraniny.

W hotelu, bardzo sympatyczna pani, wyrabiała je na oczach oczekujących.


Pikantne nadzienie ziemniaczano- paprykowe.


Można posmarować świeżym masłem, pyyyycha !


Do tego zimne piwo Efez - żyć nie umierać :)

Hotelowe śniadanie kiedy juz nie można patrzeć na mięso i jajka w 5 postaciach.

Obiad. Kuskus prima sort, podobnież tarta ze szpinakiem i pasta z ciecierzycy oraz sałatka polana cacikiem czyli jogurtem z ogórkiem i przyprawami. Rolada z indyka jak najbardziej zachodnia i nadziewana cukinia mięsem baranim z ryżem - największe rozczarowanie - powrót męki z dzieciństwa kiedy to ojciec w latach 80-tych przywoził ćwiartkę jagnięcia i nas nim katował... Żebym zjadła ze smakiem jakąkolwiek baraninę musi ona być tak doprawiona by jej charakterystyczny smak został zniwelowany. Po jednym kęsie tej cukinii "wietrzyłam" paszczę baklavą, kawą, winem i nie mogłam wywietrzyć ;-P


Kolacja. Ryba była codziennie. Taka; czyli dorada lub makrela, która niespecjalnie smakuje mi jako ryba smażona. A ja się pytałam gdzie kalmary, ośmiornice, krewetki i inne takie, no gdzie?

No tu:


Trza se było wyjść na miasto i kupić, bo hotelowi goście są różni... Nie wszyscy mają ochotę na coś innego niż pizza, tosty, frytki i burgery, zaniżają hotelom ocenę usług jeśli tego nie dostają :-( Nie wszyscy chcą próbować nowych dań co stwierdziłam naocznie.


Podczas gdy ja zajadałam się bakłażanami, ciecierzycą, kuskusem, pilawem, warzywnym miksem, soczewicą czy fasolą, dla niektórych menu było zawsze takie same - chicken, mashed potatoes, peas...


Dla nich też zapewne kucharze wyrabiali torty, creme brulee, rolady czy puddingi. Ja wolałam tureckie, zatopione w miodzie i bakaliach przysmaki. Te na trzeciej paterze to takie jak hiszpańskie churros z ciasta ptysiowego smażone na fryturze a potem nasączone cukrowo-miodowym ponczem.


 Kiedy zbliżaliśmy się do tego miejsca usłyszałam "SOK - SKÓRA - NATURA, NATURA!". Dopiero po wsłuchaniu się zrozumiałam "sok z granatu, natura, natura" :D


Moja porcja soku - nie wywarł na mnie miażdżącego wrażenia jako, że za granatami słabo przepadam.


A w Grecji? No cóż, było bardzo gorąco :DDD Zbyt gorąco by zjeść coś więcej niż kilka owoców.


Nawet tych morza. 


Za to można by było usmażyć sobie własnoręcznie kupioną, świeżą rybkę gdyby się miało tylko patelnię pod ręką ;-)


Pozdrawiam, skutecznie grzejąc się ogniem w kominku :)))









piątek, 15 marca 2013

-podobny.

Pamiętacie czekoladopodobne wyroby obrzydliwie lepiące się jakimś tłuszczem łojowym do podniebienia? Pamiętacie ten ich kakaowo podobny smak z cukrowo podobną glukozą? Brrrr, mnie do dzisiaj trzęsie z obrzydzenia na samo wspomnienie. Wszystkie dostępne wówczas wyroby czekoladopodobne oddawałam bratu, wolałam łyżkę cukru prosto z cukiernicy wykraść niż jeść to paskudztwo. On wszystko wsuwał, wymiatał, pochłaniał. Jego kubki smakowe, o pięć lat młodsze, nie bardzo pamiętały smak opakowanej w błękitny papierek czekolady mlecznej Wawel.

Czasy pełne były produktów zastępczych i pojawiający się wówczas maluch 126p nie wzbudzał żadnych podejrzeń. Miał silnik- miał, cztery koła też, jeździł do przodu, tyłu i skręcał, toż to  cud techniki dostaliśmy na rynek a nie blaszaną zabawkę dla dorosłych (w co akurat moje dzieci nie bardzo umiały wierzyć widząc po raz pierwszy malucha na oczy ;-)

Cieciorkę jadłam już kilka dekad wstecz. Zdobyta została przez mojego ojca  w postaci suchej, kiedy biegał z obłędem w oczach w poszukiwaniach spożywczych produktów zastępczych. Kupił cały kilogram z nadzieją na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych rodziny. Potem zaczął sobie w brodę pluć, bo Kuchnia Polska przepisów na cieciorkę nie podawała. Dłubał w regale z kulinarnymi księgami, gdzie woluminy od Ćwierczakiewiczowej luksusowej po Gumińską praktyczną były rozłożone na dwóch pokaźnych półkach. W końcu coś znalazł. Nie wiem już w jakim dziele ale wydaje mi się, że była to książka podająca przepisy nie polskie. Zupa była z cieciorki zrobiona po namoczeniu i ugotowaniu. Pamiętam, że próbowałam ziarna po ugotowaniu i miały przyjemny orzechowy smak aczkolwiek mdło się zapowiadały. Nie wiem co poszło nie tak, być może ojciec nie maił wszystkich składników i nie miał czym zastąpić, zupa była jadalna ale niezbyt dobra. Ojciec obrażony na ciecierzycę przerzucił się na soczewicę w różnych kolorach z raczej mizernym skutkiem... Uczciwie jednak przyznam, że zupy i tak zostały zjedzone z większym zapałem niż potrawa z kalmara w 82roku :D

Przypomniał mi się kiedyś czytany przepis Jamiego Olivera i na zasadzie nagłego błysku zachcianki nabyłam dwie puszki cieciorki, by ugotować zupę, bo rosół już jedliśmy a sporo go zostało.

 Zdjęcie pochodzi ze strony internetowej http://www.jamieoliver.com/ a przepis znajdziecie tu

To nic, że w domu nie było żadnej dyni poza pestkową postacią, to nic, że nie posiadam też pasty harrisa (Harrison  Ford robi jakieś pasty, ten aktor? ;) Od czego ciotka Wiki i naglący mnie czas bez wizji odwrotu! Do dzieła, zatarłam łapki i zaczęłam gotowanie. Dynię zastąpiła marchewka, pastę harissa spreparowałam z suchych przypraw, miętę sobie tym razem odpuściłam a zupa wyszła REWELACYJNA :)))) Zawahałam się tylko w jednym momencie - trzeć tą skórkę cytrynową do gara czy nie trzeć? Pojechałam w ciemno i starłam a zupa zyskała niebiańskiego smaku i pełni co mnie zupełnie oszołomiło :)

Ponieważ nie posiadam moździerza (a babcia, ta z Wielkopolski miała mosiężny i go zlekceważyłam!), to jedynym problemem było rozdrobnienie kolendry (kumin miałam w proszku). Pomysłowy Dobromir podpowiedział, żeby spróbować rozetrzeć między dwoma deskami drewnianymi i udało się. Zupa ma tyle chrupiących smaków, że niezupełnie pognieciona kolendra wcale nie była dominująca.

Wszyscy wiedzą, że Gryzonie za polskimi zupkami nie przepadają. Jakiś barszczyk, pomidorowa, pieczarkowa, żurek owszem, ale z komentarzem "cooooo, znowuuuu zuuuupaaaa?!" kiedy ta zupa pojawia się u nas średnio raz na 2 tygodnie. Tym razem myśleli, że to danie stałe, chociaż wyszło mniej stałe niż na zamieszczonym zdjęciu i zjedli. Młodsi troszkę kręcili nosami na chrupiące dodatki, ale dzięki tajemnicy, która objęłam składniki zjedli :)

Nie zostały nawet nędzne resztki by zrobić zdjęcie.

Chyba czas na soczewicę, prawda? Niestety jutro będzie żurek z kiełbasą i to bynajmniej nie białą, bo Gryzonie wolą wędzoną kiełbasę.

Dobranoc :)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

"Kiedy ludziom zaczyna przeszkadzać pogoda, poczynają narzekać na śnieg, deszcz czy słońce, to znak, że ludzie ci starzeją się" Powiedziała Beata Tyszkiewicz przy czym słowa te trafiły prosto w moją świadomość sobotniego przedpołudnia, kiedy to radia słuchałam w tle, zajęta zupełnie przyziemnymi sprawami. Rozświetliły się me przemyślenia gastronomiczne od tych słów, bo chyba stara jeszcze nie bardzo jestem skoro czasami tylko zdarza mi się nadmienić, że pragnęłabym gorętszego lata w Polsce :)

Zresztą gastronomiczne myśli ostatnio ulepsza ciągle i doskonali moja ulubiona Nigella Lawson wraz z nową serią Nigellisima traktującą o kuchni włoskiej. Ponieważ kuchnia śródziemnomorska jest moim faworytem od wielu lat, to sobie ponagrywałam i zapisałam przepisy z tej najnowszej serii. Oczywiście zdążyłam już część z nich spreparować we własnej kuchni i tak cieszyliśmy się już  cudownie kawowymi lodami espresso, diabelskimi jajkami na śniadanie, ciastem jogurtowym i pieczonym kurczakiem z warzywami i szafranowym orzotto. W zapasie mam jeszcze kilka przepisów na które ślinka napływa do ust. Przeklinam się za bezmyślnie wypity likier cytrynowy limoncello, którego Nigela użyła do wspaniale prostego deseru z mrożonych owoców i białej czekolady. A likieru w sklepie na "be" już nie ma. Chyba trzeba będzie samemu wyprodukować.

Podam przepis na "Diabelskie jajka" poniewaz jest on prosty i niesamowicie pasuje na zimowe śniadania zagrzewając do działania :)

1 mała puszka pomidorów krojonych
1 jajko
czosnek
płatki chili
oliwa
parmezan
mała patelnia z przykrywką

Na patelni podsmażamy zgnieciony czosnek, dodajemy płatki chili (to od nas zależy pikantność potrawy) po czym wlewamy pomidory i mieszając doprowadzamy do wrzenia. Zmiejszamy ogień, wbijamy w środek jajko i pozwalamy mu dochodzić pod przykrywką do stanu jajka sadzonego z płynnym żółtkiem. Na koniec posypujemy tartym parmezanem i jemy wprost z patelni wybierając zawartość połamanym pieczywem. 

Pychota i w dodatku przypomniała mi potrawę dzieciństwa, którą szykował mój Tata - jajecznica na pomidorach :)

Weekend upłynął na świętowaniu trzydziestolecia zespołu do którego Kołek chodzi. W sobotę wróciliśmy przed północą a w niedzielę mielismy mszę z występem jasełkowym. Dostałam zlecenie na przygotowanie śledzika i odgrzebałam swój stary przepis na szybką sałatkę śledziową.

Sałatka śledziowa
1 puszka kukurydzy
1 puszka groszku
1 cebula czerwona
1 dymka ze szczypiorem
5 jajek ugotowanych na twardo
1 jabłko
ok 6 płatów śledziowych marynowanych
6 ogórków konserwowanych
jogurt naturalny
majonez
pieprz, sól

Składniki pokroić.  Śledzie kroję na ok 2-3 cm kawałki, jajko dość grubo, cebulkę drobno, ogórki na półplasterki, jabłko z ćwiartek na słupki. Wszystko wymieszać zalać jogurtem z dodatkiem majonezu (tego drugiego mniej) doprawić sola i pieprzem i koniecznie odstawić do przegryzienia. Tak naprawdę ona jest świetna dopiero na drugi dzień. Składnikami można żonglować jeśli chodzi o ilość :)

A w niedzielę, po obiedzie zjechało się moje kuzynostwo. Przy drinku i kanapkach z chorwackim ajvarem graliśmy w karty i śpiewali przebój na lato 2013. Co? że stary przebój? Nieważne! Mówili na nią słońce :D

Czy pamiętasz - jak żesmy czekali
jedenascie wyblakłych miesięcy  (już tylko pięć!)
na ten pierwszy niebieski plusk fali
i na mewy tańczace na wietrze

Czy pamiętasz - jak spiewały plaże
niespokojnym gitarowym graniem (Balotelli!!! darli się włoscy kibice)
jak jej ciała z kalendarza marzeń
uczylismy się - bracie na pamięć

REF: Mówili na nia słońce, Bałtyku szary piach (Jadranu jasny żwir)
Zamieniał się w goracy podzwrotnikowy raj
Mówili na nia słońce i wzdychał w tobie blues
Tak jasne były noce jakby zabrakło chmur
Mówili na nia słońce.

Zostawiła nas - pod koniec lata
tak u progu przeciagów zimowych
smakowała jak cukrowa wata
słodka siostra wieczorów lipcowych

Przez nia tłuklismy - butelki i szklanki
i żegnali we krwi z nosa skąpani
ten smak maja dzis jagodzianki (jagodzianki zjadł lisek z burkiem)
i wywietrzał już z serca dynamit
Lisek i burek to chorwackie odpowiedniki polskich jagodzianek przy czym jeden jest z nadzieniem wytrawnym a drugi słodkim. Nigdy nie wiem który :D A chłopaki ćwiczą już baryton do partii Macieja Zembatego :DDD

No proszę i wyszedł mi wpis chaotyczny; kucharsko-muzyczny ;)

Dzisiaj też mamy gościa w domu i zabieramy go na kręgle. Idę kupić coś na kolację.

Do usłyszenia!

czwartek, 3 stycznia 2013

Kulinarnie.

Nie liczcie na zdjęcia, wszystko zeżarte a marne resztki walające się w zakamarkach lodówki niezbyt godne fotografowania :D

Dzieci me wychodzą z ramek utartych jadłospisów z coraz większą ochotą i autentyczną przyjemnością. Bardzo mnie to cieszy, bo mimo, że lubię dania szybkie, jednogarnkowe i nie wymagające ekstra składników, to jednak lubię w kuchni poszaleć i przyjemność ogromną mi sprawia, to jak pozytywnie na te szaleństwa domownicy odpowiadają.

Do różnych sałatek typu "resztki z lodówki+trochę fantazji" juz przyzwyczaili się dość dawno. Nie wszystkie smakowały wszystkim jednakowo ale w ostatecznym rozliczeniu zostały i tak zjedzone. Wczoraj zrobilismy z Grubciem sałatkę ala gyros. Była taaaakaaaa micha i ledwie obroniłam porcję dla nieobecnego Pana Gryzonia, bo aż TAK im smakowała :))) Jednakże noworoczny obiad zaskoczył nawet mnie.

Zupełnie przez przypadek w naszym domu zjawiły się kotlety schabowe. Byłam przekonana, że do koszyka sklepu z nazwą na be włożyłam filet z indyczej piersi oraz świeży szpinak i camembert. No cóż, mięso okazało się być świńskie w zachowaniu i złośliwie nieindycze ;) Oj tam, oj tam, jęczał Pan Gryzoń na widok koszykowej zawartości. Eksperymentów ci się zachciewa, powiada, zobaczysz, że nie będą jedli tylko nosami zakręcą! Oj tam, oj tam, odpowiedziałam, zjedzą sobie ziemniaków z surówką i też przeżyją. Wyrodna matka :D:D:D

Jak już takie świństwo mnie spotkało ze strony mięsa, to je całkiem mocno tłuczkiem za karę potraktowałam. Potem jeszcze posoliłam świeże rany i opieprzyłam całe towarzystwo. Trochę żal mi go było, więc zatopiłam kotlety w mące, rozbełtanym jajku i znowu mące i usmażyłam na lekko złocisty kolor. Szpinak świeży przygotowałam klasycznie z masłem, czosnkiem i odrobiną śmietany kwaśnej oraz solą i pieprzem. Nałozyłam go na wszystkie kotlety i przykryłam plasterkami camemberta po czym zapiekłam na grillu w piekarniku. Do tego podałam puree ziemniaczane i kapustę z grzybami.

Podejrzliwe słowa dotyczące wyglądu kotletów zamieniły się w peany pochwalne oraz żądanie "więcej chcemy!". Drżyjcie wszystkie świnie tego świata, do ulubionych roladek schabowo-serowych dołączyły jeszcze zapiekane kotlety ze szpnakiem i serkiem pleśniowym!

Pozdrawiam z grochówką na kuchence :)

piątek, 5 października 2012

Na językach.

Z założenia ma być to wpis kulinarno- lingwistyczny a nie plotkarski, ale nie wiem co wyjdzie.

Kuchnia bawarska omal mnie nie zabiła. Ale o tym potem. Na szczęście wycieczka miała początek w czeskim Pilznie gdzie niestety przybiliśmy zbyt późno by zwiedzić browar. Miałam ochotę poddusić przewodnika za te 5 przerw, na które pozwolił, na trasie Kraków - Pilzno! Na browar ostrzyłam sobie aparat i w ogóle chciałam zobaczyć proces warzenia piwa, że nie wspomnę o wielkiej miłości do miedzianych obiektów wszelkiego rodzaju. A tu kicha, dostaliśmy obiadokolację, na którą składała się zupa gulaszowa i dwie olbrzymie pyzy ziemniaczane nadziewane boczkiem. Przepijaliśmy oczywiście pilznerem a na deser każdy z nas dostał order w postaci małego kołacza makowo-serowego. Koleżanka zaraz go przerobiła na Krzyż Odrodzenia Gryzonia ;)

 
Browar sam w sobie bardzo piękny już z zewnątrz.

 
Pan Gryzoń odradzający się z popiołów jako, że nie cierpi podróżować autobusem.

 
No i nagroda :)
 
 
Na śniadanie w hotelowej jadalni zjawiliśmy się juz o 7.00 i nie bardzo głodni po tych sytych pyzach z dnia poprzedniego. Stół szwedzki uginał się pod naporem wędlin, serów, pieczyw, kiełbasek na gorąco, warzyw, jogurtów i sałatek owocowych. Coś tam sobie skubnęłam i wypiłam kawkę.
 
Potem była juz kuchnia bawarska. Menu pobytu bardzo monotonne. W alpejskim gasthofie były co prawda codziennie ciepłe bułeczki i jajka na miękko na śniadanie ale poza mielonkami tyrolskimi i mortadelami różnego rodzaju były tylko dżemy, miód i ser żółty oraz muesli z mlekiem lub jogurtem. Żadnych warzyw, jedynie owoc, którego i tak nie miałam gdzie wepchać, bo śniadań wielkich nie jadam.
 
Pierwsza kolacja to pyszna zupa krem z pomidorów i taka sobie pieczeń z karczku z ryżem a na deser ciasteczko francuskie z jabłkiem. Druga kolacja, to rosół z naleśnikami i golonka po bawarsku (czyli pieczona w piecu) lub ćwierć kaczki z pyzami ziemniaczanymi. Trzecia kolacja była świetna, najlepsza i zdecydowanie godna grzechu obżarstwa. Była ona poza naszym gasthofem i kończyła dzień zwiedzania zamków. W rosole pływało mięsko mielone, więc nie kosztowałam zupy, za to przy bufecie z daniami na gorąco był oszałamiający wybór: ziemniaki zapiekane w śmietanie, krokiety ziemniaczane, kluseczki, frytki, warzywa na parze (nareszcie!), kurczak duszony, polędwica wieprzowa, królik w cieście, gulasz i przesmaczny łosoś. Na końcu były zimne wędliny, rybki wędzone, sery, kapary, pikle, karczochy marynowane oraz 4 rodzaje surówek :D:D:D Obok był jeszcze stół z chlebem i bułkami do zimnych wędlin z 4 rodzajami masła (każde z jakimś dodatkiem). Na deser podano sernik i strudel z jabłkami oraz krem podobny do włoskiej panny coty ale na pewno nie gotowany.  Oczywiście wszystkim wyrwało się hasło "warzywa!" na widok tych dobroci, co świadczyło nie tylko o moim niedoborze błonnika. Ale Polacy jak to Polacy są zdecydowanie ostrożni w próbowaniu, więc wybierali najczęściej kurczaka, gulasz i polędwicę. Ja spróbowałam łososia i poszłam po dokładkę tegoż, bo był rewelacyjny, zabierając królika w cieście. Spróbowałam tez lokalnych serów (oczywiście podejrzewałam je o wrodzoną oscypkowatość, co próba potwierdziła. Smak był podobny  do oscypków niewędzonych ale te bawarskie są zdecydowanie bardziej miękkie) a także marynowanego karczocha, którego wzięłam za przerośniętego pora :D. No i surówek pojadłam z marchewki, selera, kapusty słodkiej i kiszonej. Tego to nawet na zapas, więc z ciast zrezygnowałam racząc się jedynie śmietanowym kremem w małej miseczce polanym sosem z mango. Ostatnia kolacja w naszym gasthofie była zaskakująca. Najpierw zupa krem z warzyw a do wołowego gulaszu z makaronem podano modrą kapustę na ciepło ( wyczuwałam w niej gożdziki). Część z nas kręciła nosem, że woli surówkę ale mnie dogodzono :))) Na deser był mus jabłkowo-śliwkowy z cynamonem i gożdzikami.
Każdorazowo mieliśmy do wyboru lokalne piwo jasne lub ciemne. Ja piłam raczej ciemne rodzaje a Pan Gryzoń jasne.
 
 
Co zaś do języków, to jak na pięcioletnie nieuczenie się niemieckiego w podstawówce zaskakująco dobrze pamiętam zwroty, które przydają się na wyjazdach. Ogólnie niemiecki nigdy nie był moją miłością. Począwszy od uczenia się go w szkole po coroczne przepytywanie przez moją babcię. Podobnoż niby sprawdzała moje postępy w germanizacji ale ja myślę, że tak naprawdę sprawdzała faktyczny stan mojej wiedzy po to by móc mówić po niemiecku przy dziecku. To był taki jej myk, kiedy nie chciała byśmy rozumieli o czym rozmawia ze swoją siostrą, a pewnie rozmawiał o nas ;P Babcia urodziła się i wychowywała do 14 roku życia w Niemczech i do końca życia robiła rozbrajające błędy ortograficzne pisząc po polsku :)
 
- Wie viel kostet?
- Drei und  funfzehn.
- Ile to piwo? Dopytywał się Pan Gryzoń.
- Drei und funfzehn. Powtórzyłam spokojnie a pan kelner zaśmiał się z tej oczywistości razem ze mną. Gryzoń troszkę się wkurzył, ale udobruchałam go szybko polskim trzy pięćdziesiąt :)
 
Na bazie językowej muszę jednak troszkę poplotkować. Kiedy w 1988 roku byłam po raz pierwszy w Niemczech były to jeszcze DeDeeRy. Na Polaków patrzono jak na gorszy gatunek człowieka szczególnie w sklepach. Przezornie trzymałam się wtedy z dala od grupy z jedną koleżanką, która nie miała oporów w operowaniu językiem niemieckim mimo, że go kompletnie nie znała. Wtajemniczałam więc ją na boku jak należy zamawiać takie różne obstorty i eisy w schoko smakach zwei mal a owa koleżanka dzielnie powtarzała w okienku :) Ja miałam wtedy żywą niechęć do niemieckiego i ogólnie wstydziłam się go używać publicznie. We Frankfurcie nad Odrą przydybał mnie kolega w wielkim i lśniącym domu towarowym, gdzie nas na zakupy puszczono (czy ktos pamięta jeszcze te durne książeczki walutowe, na których był sztywny limit a co poza nim, to już szmugiel na skalę światową? :D) i woła, że on tylko francuskim włada więc nie wie jak poprosić o szybkowar, który dostał w zleceniu zakupowym razem z nielegalnymi markami. Tak na chłopski rozum podpowiedziałam mu, że to musi być coś w rodzaju "schnell kochen" a on poszedł i kupił "wery zer gut tre bien" szybkowar :))) Ale najbardziej musiałam się nagimnastykować kiedy chcieliśmy wyleczyć ciepłym piwem przewiane gardło koleżanki. Nikogo nie zadziwiło, że nieletnią chcemy napoić trunkiem alkoholowym, zdziwiło ich dlaczego Polacy chcą zepsuć smak piwa. Nie dość, że kazaliśmy je mocno podgrzać, to jeszcze zaparzyć nim utarte z cukrem żółtko. Pani kucharka powiedziała zdecydowane "nein" na żółtko i chora dostała grzane piwo z cukrem. Na drugi dzień mówiła już mniej zgrzytliwie i bardziej zrozumiale i nawet opuściły ją dreszcze. Kucharce pokazaliśmy ozdrowiałą na śniadaniu czym wywołaliśmy dyskusję w kuchni na temat barbarzyńskich metod ludu słowiańskiego, które przynoszą efekt. Może tam w tym Bad Saarow niejeden ozdrowiał z jesiennych przeziębień stosując " Polnische Modalität" ;)
 
Uniknęłam śmierci, bo wypuszczona na sklepy kupiłam sałatkę i malutkie marchewki, którymi zagryzałam pokonywane autokarem kilometry :)
 
 
 
Nie mieliśmy wiele czasu, więc i zdjęć jedzenia nie robiłam, bo jednak wolałam jeść :) Ten tort Sachera jest z podaustriackiej miejscowości. Nie powalił mnie swym smakiem, bo nie mógł jako wyrób produkcji masowej. Smakował mi za to ogromnie apfelstrudel z ciepłym sosem waniliowym, który zniknął szybciej niż zdążyłam sobie przypomnieć o możliwości uwiecznienia go na zdjęciu.
 
 
Wniosek nasuwa się sam - jeśli lubisz mięso Bayern willkommen i to  bardzo herzlich :)))
 
 
Dobrej nocy :)