Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 września 2016
Wakacyjne czytanie.
Jeśli chodzi o tegoroczną nominację na książkę lata, to waham się pomiędzy dwoma pozycjami "Kosmos" Gombrowicza oraz "Jedzmy, wracajmy" Odojewskiego. Owszem przeczytałam więcej pozycji, ale szczerze mówiąc te dwie przyćmiły pozostałe na tyle, że cała reszta wydaje mi się jakimś bezbarwnym zbiorem kryminałków i obyczajóweczek, o których przestałam pamiętać zanim zaczęłam czytać.
"Kosmos" nierówny; a to ciągnący się jak ciepły karmel- nużący i pozorny spokój, a to drżący, nerwowy niepokój- dręcząco nasycony pytaniami bez odpowiedzi. Niby nie wiadomo o co chodzi ale kiedy czytasz czujesz, że masz takie historie w sobie, że kiedyś byłeś/jesteś/ będziesz to ty.
Odojewski jest mistrzem w stylu Myśliwskiego. Długie, wielokrotnie złożone zdania, przepiękny i obrazowy język, czas zaprzeszły; no miód na moje potrzeby czytelnicze. I tylko pytanie dlaczego tak późno odkryłam tego autora? Wyczytałam w jakimś artykule czytanym przypadkowo, że młodzi adepci pisarstwa powinni od niego nauczyć się budowania swojego rzemiosła. "Jedżmy, wracajmy" to zbiór opowiadań. Genialnie wyważony ciężar akcji, dobór bohaterów no i te obrazowe opisy, zaiste jest się na czym wzorować.
Naprawdę więcej książek nie pamiętam, a przecież przeczytałam ich całkiem sporo tego lata.
A na Was jakie lektury zrobiły wrażenie podczas tegorocznego lata?
czwartek, 9 czerwca 2016
Książki ostatniego czasu.
Ten wpis nie będzie zestawem recenzji. Jest raczej zestawieniem mojego czytelniczego gustu. Tak się ostatnio składało, że przeczytałam całkiem sporo polskich autorów. Serce mi rośnie, że oni są, i że piszą tak dobrze - tzn tak jak ja lubię czytać :)




"On" wepchał mnie na powrót w powijaki lat 80 tych. Na tę pozycję czekałam wytrwale tuż po lekturze "Szopki" niecierpliwiąc się i tupiąc nogą "dlaczego ona tak długo pisze?!". Pisze długo, bo ręcznie i na pewno nie pismem mechanicznym. Napakowana przenośniami i porównaniami, odniesieniami i skojarzeniami jest tym czego szukam w literaturze - dostarczycielem wrażeń, wzruszeń z bliskiego sercu czasu i miejsca, bowiem akcja dzieje się w Krakowie. Onego znajdziecie w każdej klasie, na każdym podwórku, w każdym zakładzie pracy - On jest ale większość nie chce o tym wiedzieć.

"Jolanta" rozgrywa się dekadę później. Chutnik zajęła się jedną bohaterką i jej problemami i mam wrażenie, że wyszło jej to doskonale. Jola nie wie dlaczego jej życie jest jakie jest. Szuka powiązań i odpowiedzi, nie znajduje. Jej życie wypełniają jakieś substytuty, których nie może ogarnąć. Dzięki "Jolancie" wiem więcej o depresji niż z relacji dotkniętych tą chorobą.

Okrucieństwo, brzydota, zabobony zmieszane z pięknem i dobrocią, gdzieś w międzyczasie, gdzieś gdzie wszystko się wydarza, gdzieś gdzie żyli i nadal żyją ludzie. Opowieść została podzielona na trzy strefy czasowe, jak dla mnie zupełnie zbędny podział, podczas których opowiedziane są losy jednej z rodzin - może mojej, może twojej. Czyste zdania, przejrzysta konstrukcja a jednak świetnie oddaje i blaski i mroki. Po prostu "Dygot".

"Podkrzywdzie" jest wsiowym światem wsiowych ludzi. Niby o tym samym co "Dygot" ale zupełnie inaczej opowiedzianym. Działają tam oniryczne zjawy wykreowane językiem pokrętnym, pełnym przenośni i przeniesień. Powieść bardzo mi się podobała aż do ostatniego momentu kiedy autor zdecydował się na ujawnienie tajemnicy tajemnic rodowej klątwy. Ja się pytam, po co?, lepiej to było zostawić niedopowiedziane. Lepiej i dla nas czytelników, lepiej i dla samej opowieści.

Czego się mozna spodziewać po książce za 5 zł? Wszystkiego, tym bardziej podróży opowiedzianej w sposób niebanalny i bez zadęcia (piszę to złośliwie w odniesieniu do innych publikujących teksty o swoich podróżach, które rozsadza ego autora/autorki). Dziewczyna postanowiła pojechać sama tam gdzie kobiety same nie podróżują - niby nie na krańce świata, można by rzec niemalże za miedzę, a jednak większa egzotyka niż na dachu świata lub w dżungli panamskiej. Cóż, zachorowałam na Wschód i tyle!
Czytałam w tak zwanym międzyczasie jeszcze mnóstwo innych pozycji ale z moim gustem nie dyskutuję nawet ja sama :D
piątek, 2 października 2015
2/10/15
Pan w bibliotece zawala ochoczo mnie nowościami oraz wznowionymi klasykami (albowiem zna się już na moich upodobaniach czytelniczych) mówiąc, że przecież książek wypożyczonych można mieć pięć. No i ciągle mam ten limit na nocnym stoliku :)

"Trociny" to pierwsze moje zetknięcie się z Krzysztofem Vargą. Powieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie samą fabułą, chociaż i ta zaskakiwała momentami, ale przede wszystkim spostrzegawczością autora w kwestii współczesnego środowiska naszej Polski własnie. Historia dzieje się w krainie korpoludków, gdzie poznajemy głównego bohatera i jego życie. Genialne wyczucie aktualnych nastrojów, żywe i wierne kwestie, które słyszymy często we własnym życiu. Narodowa nienawiść, hejt, zawiść, brak przyjaznego spojrzenia na drugiego człowieka - Varga idealnie nakreślił nasze polskie oblicze. Z samych siebie się śmiejecie czytając tę powieść, ale może się mylę, bo być może niektórym scyzoryk otwierał się w kieszeni - nie wiem. Dla mnie to świetne wywleczenie dulszczyzny z krainy korpoludków na światło dzienne.
Na fali będąc przeczytałam także "45 pomysłów na powieść", które mnie nie ruszyły, a potem z podobnym skutkiem "Aleję Niepodległości". Wstrząsnęło mną i nadal trzyma przy "Nagrobku z lastryko". Główny bohater wraca się w czasie do życia swoich dziadków i matki, wtrącając przy tym własne przemyślenia i przeżycia na temat swojego życia.
Obejrzałam masę filmów. Nie starczy miejsca w poście na wszystkie. Ostatni wieczór spędziłam oglądając "12 years a slave. Zniewolony"

Kurde, no nie wiem skąd tyle nominacji... No film jak film. Po obejrzanym w dzieciństwie serialu "Korzenie" nie był w stanie niczym mnie wzruszyć czy zaskoczyć. Pozostało mi po nim zdziwienie odnośnie nominacji.
Pozdrawiam czytających tego posta.
"Trociny" to pierwsze moje zetknięcie się z Krzysztofem Vargą. Powieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie samą fabułą, chociaż i ta zaskakiwała momentami, ale przede wszystkim spostrzegawczością autora w kwestii współczesnego środowiska naszej Polski własnie. Historia dzieje się w krainie korpoludków, gdzie poznajemy głównego bohatera i jego życie. Genialne wyczucie aktualnych nastrojów, żywe i wierne kwestie, które słyszymy często we własnym życiu. Narodowa nienawiść, hejt, zawiść, brak przyjaznego spojrzenia na drugiego człowieka - Varga idealnie nakreślił nasze polskie oblicze. Z samych siebie się śmiejecie czytając tę powieść, ale może się mylę, bo być może niektórym scyzoryk otwierał się w kieszeni - nie wiem. Dla mnie to świetne wywleczenie dulszczyzny z krainy korpoludków na światło dzienne.
Na fali będąc przeczytałam także "45 pomysłów na powieść", które mnie nie ruszyły, a potem z podobnym skutkiem "Aleję Niepodległości". Wstrząsnęło mną i nadal trzyma przy "Nagrobku z lastryko". Główny bohater wraca się w czasie do życia swoich dziadków i matki, wtrącając przy tym własne przemyślenia i przeżycia na temat swojego życia.
Obejrzałam masę filmów. Nie starczy miejsca w poście na wszystkie. Ostatni wieczór spędziłam oglądając "12 years a slave. Zniewolony"
Kurde, no nie wiem skąd tyle nominacji... No film jak film. Po obejrzanym w dzieciństwie serialu "Korzenie" nie był w stanie niczym mnie wzruszyć czy zaskoczyć. Pozostało mi po nim zdziwienie odnośnie nominacji.
Pozdrawiam czytających tego posta.
poniedziałek, 20 lipca 2015
Lato z książką.
Recenzje powinno się pisać na gorąco. No to te moje będą podgrzewane temperaturą z zewnątrz.
M. Grzebałkowska "1945 wojna i pokój". Bardzo potrzebna książka, bo myśląc o 1945 roku widziałam tylko kwiaty, wstążeczki, uśmiechy, całusy, łzy szczęścia i zatykanie flag na Bramie Brandenburskiej. Tak widziałam przez wiele lat, bo tylko takie obrazy pojawiały się w tv z okazji każdej rocznicy wyzwolenia. Z biegiem lat uzupełniałam obraz o różne historie i te zasłyszane i te przeczytane. I wtedy pojawił się w mej głowie melanż postaci. Juz my Polacy nie tacy cacy; nie tylko uciśnieni, pokonani, zgnębieni przez Niemca i Ruska ale też sami w sobie różni; i dobrzy i źli. Książka szczególnie spodobała się mojej mamie i jej bratu. Mama wojny nie pamięta (rocznik 42) ale pamięta biedę i powojenny strach, głównie z opowiadań swojej matki i ojca. Podhale żyło pod paraliżem bandy Ognia Józefa Kurasia ale też nie brakowało śmiałków, którzy ruszyli na szaber. Tamte lata nie były pasmem radości z tytułu wyzwolenia, były raczej pasmem niepewności podszytej strachem i Grzebałkowska dobrze oddała atmosferę jak i prawdę historyczną tamtych momentów.
A. Stasiuk/D. Wodecka "Zycie to jednak strata jest". Czytając czułam się tak jakbym siedziała gdzieś na otwartej przestrzeni i rozmawiał z autorem. Dorota Wodecka zadawała pytania, które sama miałam ochotę zadawać a Stasiuk odpowiadał, ja nawet gęby nie musiałam otwierać i po lekturze miałam wrażenie, że mogłabym teraz po prostu pomilczeć w towarzystwie Stasiuka.
H. Mankell "Włoskie buty". To moje pierwsze zetknięcie z Mankellem nie kryminalnym i jakże udane! Autor zaskakiwał mnie znajomością układów męsko-damskich i umiejętnością trafnego przekazu. Ale, ale, w fabule tkwi sporo tajemnic i dzięki temu książka nie popada w nastrój znany z romansów (taki, który mnie nudzi lub usypia) ale pozwala na czujne śledzenie rozwoju wypadków i podobną do kryminałów chęć rozwikłania zagadek. Do tego dodajmy jeszcze klimat skandynawskiej posępności pomieszanej z ekstazą krótkiego lata i już mamy mieszankę wartą przeczytania.
M. Hayder "Zaginione". Z tą autorką spotkałam się po raz pierwszy i nie powiem, żeby było to spotkanie nieudane. Kryminał, którego akcja dzieje się w hrabstwie Glouscestershire jest napisany sprawnie i wciągająco. Punktem początkowym jest uprowadzenie jedenastoletniej dziewczynki razem z samochodem z podziemnego parkingu. Prowadzący śledztwo Jack Caffery nie orientuje się wprawdzie tak szybko jak ja kto jest prawdziwym sprawcą ale nie jest to wadą ciągniętej opowieści. Nadal miałam chęć czytać dalej, choćby dlatego by potwierdzić własne podejrzenia :) W tym kryminale splata się kilka wątków i akcja prowadzona jest na kilku płaszczyznach - czytelnik nie ma czasu się znudzić :)
A. Munro "Dziewczęta i kobiety". Dałam noblistce drugą szansę, bo kiedyś czytając kilka jej opowiadań zniechęciłam się - wydały mi się napisane strasznie sucho, jakby z pozycji beznamiętnego obserwatora i nie zdobyły mojego uznania. Jednak wiedziałam (od innych), że proza Munro jest nierówna i widząc tę książkę w Biedronce zakupiłam. To było bardzo dobrze wydane 9zł :D Tutaj Munro nie jest beznamiętnym obserwatorem - obsadza się w pierwszej osobie i bez cienia pruderii opisuje swoje wchodzenie w dorosłość. Nie ma tu żadnego zadęcia na wybielanie postaci i dzięki temu miałam wrażenie, że Del Jordan to mogłam być ja. Dojrzewanie jest fantastyczne i jednocześnie okropne. Z jednej strony krew miesięczna spływająca po udach z drugiej narastający krytycyzm do własnych bliskich a w końcu pytanie o swoją tożsamość i próba zaistnienia w świecie dorosłych. Dawno nie czytałam tak dobrze napisanej powieści na ten temat.

A. Oz "Judasz" Bardzo cenię prozę Oza za obrazowe pisarstwo pełne szczegółów pozwalające czytelnikowi przesuwać przed oczami film pełen dźwięków i zapachów. Jednak "Judasz" zmęczył mnie Benem Gurionem, którego miałam dość ale, który był nieodzownie potrzebny wymyślonemu przez Oza bohaterowi ze względu na osadzenie akcji w roku 1959. Szmuel jest młodym studentem, który pisze pracę o Judaszu w oczach Żydów i który postanawia przerwać studia z powodu utknięcia w martwym punkcie tejże pracy. Zarobkowo postanawia zająć się opieką nad niepełnosprawnym człowiekiem. Ta historia, pomijając szczegóły polityczne ówczesnego Izraela, pełna jest przeżyć wewnętrznych Szmuela zafascynowanego dojrzałą kobietą. Trafnie, bardzo trafnie ujęte, w rzeczy samej a na okrasę dostajemy rozważania ateisty na temat zarówno chrześcijańskiego jak żydowskiego ewentualnego spostrzegania osoby Judasza, Jezusa i Boga.

E. Hawke "Środa popielcowa". Książka autorstwa aktora, który nie pisze o swoim życiu/sukcesie/odwyku/diecie itd wydała mi się poniekąd dziwactwem we współczesnym świecie show biznesu. Kupiłam ją rok temu na wyprzedażowym kiermaszu w Łebie. Zaczęłam nawet czytać historię opowiadającą o dwójce młodych ludzi ale... potem czytałam już coś innego. Tego lata wróciłam do niej i odkryłam, że Hawke umie spojrzeć na kontakty damsko-męskie z różnego punktu widzenia co jest niewątpliwym atutem. Autor zaskakuje wrażliwością wnikania w niuanse duszy co rekompensuje troszkę kanciasty styl pisania i jeden błąd merytoryczny, który mi wpadł w oko.
A. Oz "Judasz" Bardzo cenię prozę Oza za obrazowe pisarstwo pełne szczegółów pozwalające czytelnikowi przesuwać przed oczami film pełen dźwięków i zapachów. Jednak "Judasz" zmęczył mnie Benem Gurionem, którego miałam dość ale, który był nieodzownie potrzebny wymyślonemu przez Oza bohaterowi ze względu na osadzenie akcji w roku 1959. Szmuel jest młodym studentem, który pisze pracę o Judaszu w oczach Żydów i który postanawia przerwać studia z powodu utknięcia w martwym punkcie tejże pracy. Zarobkowo postanawia zająć się opieką nad niepełnosprawnym człowiekiem. Ta historia, pomijając szczegóły polityczne ówczesnego Izraela, pełna jest przeżyć wewnętrznych Szmuela zafascynowanego dojrzałą kobietą. Trafnie, bardzo trafnie ujęte, w rzeczy samej a na okrasę dostajemy rozważania ateisty na temat zarówno chrześcijańskiego jak żydowskiego ewentualnego spostrzegania osoby Judasza, Jezusa i Boga.
E. Hawke "Środa popielcowa". Książka autorstwa aktora, który nie pisze o swoim życiu/sukcesie/odwyku/diecie itd wydała mi się poniekąd dziwactwem we współczesnym świecie show biznesu. Kupiłam ją rok temu na wyprzedażowym kiermaszu w Łebie. Zaczęłam nawet czytać historię opowiadającą o dwójce młodych ludzi ale... potem czytałam już coś innego. Tego lata wróciłam do niej i odkryłam, że Hawke umie spojrzeć na kontakty damsko-męskie z różnego punktu widzenia co jest niewątpliwym atutem. Autor zaskakuje wrażliwością wnikania w niuanse duszy co rekompensuje troszkę kanciasty styl pisania i jeden błąd merytoryczny, który mi wpadł w oko.
wtorek, 24 marca 2015
Książki i filmy.
Ponieważ byłam przymusowo uziemiona przez chorobę, to sobie poczytałam. Dokończyłam szybko ulubionego pisarza ostatniej dekady czyli podarowanego Amosa Oza.

To książka o życiu ludzi w jednym z izraelskich kibuców. Wśród sztywnych zasad kibucowego rygoru kwitnie wiele intryg i plotek a mieszkańcy okazują się być ludźmi takimi jak my; pełnymi ułomności i doskonałości. Z początku drażniła mnie narracja w pierwszej osobie liczby mnogiej - wydawało mi się, ze oprowadza mnie po tej historii kustosz muzeum, może to było zamierzone? Tak czy siak zabrałam się za tą książkę tuż po przeczytaniu "Ksiąg Jakubowych" Tokarczuk i szczerze cieszyłam się kontrastem wieków pozostając nadal wśród Żydów i ich dylematów.
Okres wysokiej gorączki przetrwałam dzięki niezawodnej Anastazji Kamieńskiej, która zawikłana w zawodowe i pozazawodowe układy próbuje ich definitywnie nie zerwać prowadząc swoje śledztwo.
Potem połknęłam cienką, krótka lecz bardzo intensywną jeśli chodzi o wspomnienia człowieka zamkniętego w warszawskim getcie jako mały chłopiec. Wspomnienia Alexa świetnie pokazują, że w przedwojennej Polsce panowały bardzo mocne antysemickie nastroje. Tak były one nasilone, ze chłopak, wówczas dwunastoletni, poczuł wielką ulgę kiedy Niemcy utworzyli getto w stolicy... Wspomnienia Alexa to jedna wielka próba odpowiedzi na pytanie kim wtedy byłem skoro nie byłem Żydem z diaspory a tylko chłopakiem próbującym przeżyć. Ogromna samokrytyka, dogłębna próba rozeznania się w tym co się czuło i z kim się utożsamiało dziecko żydowskie w wojennej pożodze.

W międzyczasie zamówiłam internetowo książkę, którą mi polecano kiedyś jak tylko wyszła spod prasy drukarskiej. Polecano z zachwytem.

Historia splatania się losów Turków i Ormian. Przeszłość odciska zawsze ślad na teraźniejszości czy to trwa 20 lat czy pół wieku. Próba opisania stosunków panujących w rodzinie. Próba, bo miałam wrażenie, że pisarka ciągle ślizgała się po wierzchu nie doprowadzając nas do meritum. Ale pewnie tak to miało być, efekt uboczny prowadzenia czytelnika w głąb ludzkiej natury jest bardzo przyjemny do pochłonięcia. Książka ma wszystko co powinna mieć by dobrze się sprzedać; jest seks, wódka, rock'n'roll oraz śmierć. Przeczytałam bez zachwytu, a co gorsza, bez emocji i bez cienia zadumy choćby nad jednym zdaniem z tej historii.
A kiedy doszłam do pozycji siedzącej w moim chorowaniu pojawił się czas na filmy.

"Moje pieczone kurczaki", stary film ale nie widziałam wcześniej. Uchwycone zwykłe - niezwykłe życiowe sprawy współczesnych Polaków. Poszukiwanie miejsca na świecie, pracy, domu i siebie samego w zwykłej codzienności. Poszukiwanie kontaktu z drugą osobą. Mnie się podobał, ale wiadomo, ja lubię inne kino.

A "Niewiniątka" tak mnie zaskoczyły! Film prowadzony na początku lekko z elementami komedii przeradza się w dramat i alienację głównych bohaterek, by nie dążyć do hollywoodzkiego happy endu! W latach 60tych skazało to film na zupełne fiasko lecz aktualnie ogląda się go bardzo fajnie choć dialogi wydają się być momentami patetyczne. Audrey - wiadomo, miód dla oczu :) Shirley pokazała w tym filmie swój świetny warsztat dramatyczny.

Dlaczego film o Kuklińskim nie jest filmem o Jacku Strong'u? Bo nie jest. Pasikowskiemu zachciało się mieć bohatera z historycznym odniesieniem. Nie jakiegoś tam Wolfa czy Franza, nie anonimowego wieśniaka wykopującego macewy z drogi. Chciał mieć człowieka z tamtych lat a człowiek był tylko jeden. Pamiętam Kuklińskiego przez pryzmat "sprzedał się Amerykanom" wśród dymu papierosowego na imprezach rodzinnych po uwolnieniu z horroru stanu wojennego. Kukliński i Popiełuszko obracani byli wtedy w większości polskich domów na wszystkie strony. Jeden jako zdrajca, drugi jako bohater. W tamtych latach Kukliński nie mógł być bohaterem, przecież pracował do Ruskich - z samego założenia bohaterstwo mógł mieć tylko ksiądz. W tamtych dniach wszystko było czarno-białe i taki jest film Pasikowskiego, nie ma w nim miejsca na szarości.
To książka o życiu ludzi w jednym z izraelskich kibuców. Wśród sztywnych zasad kibucowego rygoru kwitnie wiele intryg i plotek a mieszkańcy okazują się być ludźmi takimi jak my; pełnymi ułomności i doskonałości. Z początku drażniła mnie narracja w pierwszej osobie liczby mnogiej - wydawało mi się, ze oprowadza mnie po tej historii kustosz muzeum, może to było zamierzone? Tak czy siak zabrałam się za tą książkę tuż po przeczytaniu "Ksiąg Jakubowych" Tokarczuk i szczerze cieszyłam się kontrastem wieków pozostając nadal wśród Żydów i ich dylematów.
Okres wysokiej gorączki przetrwałam dzięki niezawodnej Anastazji Kamieńskiej, która zawikłana w zawodowe i pozazawodowe układy próbuje ich definitywnie nie zerwać prowadząc swoje śledztwo.
Potem połknęłam cienką, krótka lecz bardzo intensywną jeśli chodzi o wspomnienia człowieka zamkniętego w warszawskim getcie jako mały chłopiec. Wspomnienia Alexa świetnie pokazują, że w przedwojennej Polsce panowały bardzo mocne antysemickie nastroje. Tak były one nasilone, ze chłopak, wówczas dwunastoletni, poczuł wielką ulgę kiedy Niemcy utworzyli getto w stolicy... Wspomnienia Alexa to jedna wielka próba odpowiedzi na pytanie kim wtedy byłem skoro nie byłem Żydem z diaspory a tylko chłopakiem próbującym przeżyć. Ogromna samokrytyka, dogłębna próba rozeznania się w tym co się czuło i z kim się utożsamiało dziecko żydowskie w wojennej pożodze.
W międzyczasie zamówiłam internetowo książkę, którą mi polecano kiedyś jak tylko wyszła spod prasy drukarskiej. Polecano z zachwytem.
Historia splatania się losów Turków i Ormian. Przeszłość odciska zawsze ślad na teraźniejszości czy to trwa 20 lat czy pół wieku. Próba opisania stosunków panujących w rodzinie. Próba, bo miałam wrażenie, że pisarka ciągle ślizgała się po wierzchu nie doprowadzając nas do meritum. Ale pewnie tak to miało być, efekt uboczny prowadzenia czytelnika w głąb ludzkiej natury jest bardzo przyjemny do pochłonięcia. Książka ma wszystko co powinna mieć by dobrze się sprzedać; jest seks, wódka, rock'n'roll oraz śmierć. Przeczytałam bez zachwytu, a co gorsza, bez emocji i bez cienia zadumy choćby nad jednym zdaniem z tej historii.
A kiedy doszłam do pozycji siedzącej w moim chorowaniu pojawił się czas na filmy.
"Moje pieczone kurczaki", stary film ale nie widziałam wcześniej. Uchwycone zwykłe - niezwykłe życiowe sprawy współczesnych Polaków. Poszukiwanie miejsca na świecie, pracy, domu i siebie samego w zwykłej codzienności. Poszukiwanie kontaktu z drugą osobą. Mnie się podobał, ale wiadomo, ja lubię inne kino.
A "Niewiniątka" tak mnie zaskoczyły! Film prowadzony na początku lekko z elementami komedii przeradza się w dramat i alienację głównych bohaterek, by nie dążyć do hollywoodzkiego happy endu! W latach 60tych skazało to film na zupełne fiasko lecz aktualnie ogląda się go bardzo fajnie choć dialogi wydają się być momentami patetyczne. Audrey - wiadomo, miód dla oczu :) Shirley pokazała w tym filmie swój świetny warsztat dramatyczny.
Dlaczego film o Kuklińskim nie jest filmem o Jacku Strong'u? Bo nie jest. Pasikowskiemu zachciało się mieć bohatera z historycznym odniesieniem. Nie jakiegoś tam Wolfa czy Franza, nie anonimowego wieśniaka wykopującego macewy z drogi. Chciał mieć człowieka z tamtych lat a człowiek był tylko jeden. Pamiętam Kuklińskiego przez pryzmat "sprzedał się Amerykanom" wśród dymu papierosowego na imprezach rodzinnych po uwolnieniu z horroru stanu wojennego. Kukliński i Popiełuszko obracani byli wtedy w większości polskich domów na wszystkie strony. Jeden jako zdrajca, drugi jako bohater. W tamtych latach Kukliński nie mógł być bohaterem, przecież pracował do Ruskich - z samego założenia bohaterstwo mógł mieć tylko ksiądz. W tamtych dniach wszystko było czarno-białe i taki jest film Pasikowskiego, nie ma w nim miejsca na szarości.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Kolejna trójka.
Stos mi się topi i to nie bynajmniej jak góra lodowa powoli i majestatycznie lecz raczej jak zrzeszotniałe i spróchniałe polana zmieniające się momentalnie w proch popiołu. Jest wiosna, długie są dnie, ludzie rozglądają się za innymi czynnościami niż czasowniki nieregularne, które wiosennej urody raczej nie mają, stąd i więcej czasu, więcej na życie i na czytanie. Maturzyści odpadają jak nasączone i opite alkoholem śliwki na dno likieru, czyli w kolejne byty szkół wybranych już zawczasu i z premedytacją bądź na wariata, no to sobie czytam.

Zwykłe losy ludzkie a jednak wciągają w swój świat i trzymają w nim aż do ostatniej kropki w końcowym zdaniu. Warszawska Praga, którą znam z dwukrotnych zajazdów szkolnych, obfituje w ciekawe indywidua, a wędrówka w moje strony (Limanowa, Dębno Podhalańskie) pozwala zaprzyjaźnić się z autorka na tyle, że miałoby się ochotę przysiąść do niej niezobowiązująco i dorzucić jakieś trzy grosze do tych historii. Świetne, współczesne opowiadania :)

Jżisz Maria to je to! Wychowana na czechosłowackich produkcjach filmowych, o których jest oczywiście wspomnienie w tej książce (Kobieta za ladą, Szpital na peryferiach itd.) wielbiąca miękki czeski język, którego nie mogę sobie nadal za Chiny ludowe wyimaginować jeśli chodzi o przekleństwa, po prostu rzęziłam nad ta książką śmiechem i łzami. U nas jest powiedzenie jak się czegoś nie wie/nie rozumie, że to niby czeski film, ale przyznam, ze wydawało mi się, że owo powiedzenie ukuli Teutoni albo jeszcze smutniejsza rasa, bo ja akurat bardzo rozumiem czeski humor. Co więcej, ten humor ogromnie mnie bawi :D No więc tak pokrótce; siedemdziesięcioletni ojciec idzie sobie na spacer z czterdziestoletnim synem po Pradze. No i gdzie idą? Takže to ví, na pivo :) Cała książka składa się z dialogów i wspomnień o tym i o owym oraz o nich samych.

Kolejna wędrówka tam gdzie kiedyś byłam. Chyba szczególnie lubię czytać o tych miejscach, na których kiedyś sama się znalazłam, już po powrocie, kiedy to mogę przywołać w pamięci żywy i niewyblakły jeszcze obraz, smak czy zapach. Te opowiadania skierowały moje kroki do Włoch ale nie tylko. Podążyłam też w kierunku domu pełnego kobiet i choć różni się on wypełniającymi go ciotkami od moich ciotek, to było mi w nim sielsko i swojsko mimo tych różnic. Wg mnie Dehnel świetnie opowiada o ludziach, ich zaletach i wadach. Jego postaci są wyraźne, bo nawet te zwiewne i pełne delikatności, zostawiają trwały ślad podczas czytania. Umiejętność jego bajania zdobią soczyste szczegóły i arabeski porównań. Mam wrażenie, że nigdy mnie nie znudzi jako bajarz, bo każda kolejna pozycja odsłania w jego pisarstwie kolejne warstwy słownej małmazji przełożonej ironią, zaprawianej dbałością o szczegóły i owinięte z pietyzmem w piękne zdania :)
To tyle spod topniejącego stosu :)
Zwykłe losy ludzkie a jednak wciągają w swój świat i trzymają w nim aż do ostatniej kropki w końcowym zdaniu. Warszawska Praga, którą znam z dwukrotnych zajazdów szkolnych, obfituje w ciekawe indywidua, a wędrówka w moje strony (Limanowa, Dębno Podhalańskie) pozwala zaprzyjaźnić się z autorka na tyle, że miałoby się ochotę przysiąść do niej niezobowiązująco i dorzucić jakieś trzy grosze do tych historii. Świetne, współczesne opowiadania :)
Jżisz Maria to je to! Wychowana na czechosłowackich produkcjach filmowych, o których jest oczywiście wspomnienie w tej książce (Kobieta za ladą, Szpital na peryferiach itd.) wielbiąca miękki czeski język, którego nie mogę sobie nadal za Chiny ludowe wyimaginować jeśli chodzi o przekleństwa, po prostu rzęziłam nad ta książką śmiechem i łzami. U nas jest powiedzenie jak się czegoś nie wie/nie rozumie, że to niby czeski film, ale przyznam, ze wydawało mi się, że owo powiedzenie ukuli Teutoni albo jeszcze smutniejsza rasa, bo ja akurat bardzo rozumiem czeski humor. Co więcej, ten humor ogromnie mnie bawi :D No więc tak pokrótce; siedemdziesięcioletni ojciec idzie sobie na spacer z czterdziestoletnim synem po Pradze. No i gdzie idą? Takže to ví, na pivo :) Cała książka składa się z dialogów i wspomnień o tym i o owym oraz o nich samych.
Kolejna wędrówka tam gdzie kiedyś byłam. Chyba szczególnie lubię czytać o tych miejscach, na których kiedyś sama się znalazłam, już po powrocie, kiedy to mogę przywołać w pamięci żywy i niewyblakły jeszcze obraz, smak czy zapach. Te opowiadania skierowały moje kroki do Włoch ale nie tylko. Podążyłam też w kierunku domu pełnego kobiet i choć różni się on wypełniającymi go ciotkami od moich ciotek, to było mi w nim sielsko i swojsko mimo tych różnic. Wg mnie Dehnel świetnie opowiada o ludziach, ich zaletach i wadach. Jego postaci są wyraźne, bo nawet te zwiewne i pełne delikatności, zostawiają trwały ślad podczas czytania. Umiejętność jego bajania zdobią soczyste szczegóły i arabeski porównań. Mam wrażenie, że nigdy mnie nie znudzi jako bajarz, bo każda kolejna pozycja odsłania w jego pisarstwie kolejne warstwy słownej małmazji przełożonej ironią, zaprawianej dbałością o szczegóły i owinięte z pietyzmem w piękne zdania :)
To tyle spod topniejącego stosu :)
poniedziałek, 4 listopada 2013
4/11/13
Czy "Agent" mnie rozczarował? Nie, chociaż zaskoczył brakiem " odmiennej estetyki" jak to ujmują niektórzy. Łagodna wersja zbliżeń erotycznych może zawieść miłośnika typowych dla Gretkowskiej "scen". Mnie książka wydała się mało soczysta w sensie emocjonalnym. Odebrałam ją głównie w aspekcie strachu przed starzeniem się, ale może o to chodziło?
A ponieważ Boże Narodzenie już tuż tuż, to w ręce me sama wskoczyła "Szopka" Zośki Papużanki.
Nawet nie miałam pojęcia, że istnieje jakaś Zośka, która pisze. Która pisze rewelacyjne!!! Sama historia już kiedyś była. Matka choleryczka, ojciec idzie na Kopiec, Tomaszek, który jest Maciusiem daje czadu a z boku stoi Zosia samosia czyli młodsza siostra, która chcąc nie chcąc musi dbać sama o siebie. To nie historia wciąga w czytanie a język jakim jest dokonana. Poraziła mnie mieszanka, która jest jak koktajl Mołotowa, niezwykle zapalna - odpala cały skład fajerwerków emocji. Jakże to wszystko współgra z charakterami przedstawionymi w powieści, jak wiernie oddaje ich obraz poprzez wypowiedzi - normalnie słyszysz gderanie matki, milczenie ojca, cichą akceptację niesprawiedliwości Wandzi i sobiepaństwo Maciusia. Niby wszystko było, ale w tej książce jest od nowa i to zupełnie inną jakością od dzieł poprzednich o tej samej tematyce. Życzę autorce kolejnych tak udanych pozycji na przyszłość, wierzę, że nie zdubluje stylu a zaskoczy czymś prostym ale bardzo odkrywczym.
Chłopcy bardzo chcieli do kina. Historia chłopca, który po wypadku doszedł na dwa bieguny bardzo ożywiła ich wyobraźnię. Houdini poszedł z dwoma pannami a my wzięliśmy Kołka. Puchaty odmówił kina po obejrzeniu "Chłopca w piżamie" stracił zapał, nie lubi historii zbyt prawdziwych. Jego wola, pewnie poleci na "Hobbita".
Po projekcji chłopcy byli częściowo zawiedzeni. Podejrzewam, że chcieli filmu o wyprawie w ciężkich warunkach a dostali dramat. Nie wiem jak Houdini reagował (bo siedział osobno) ale Kołek przeżywał bardzo tragedie rodzinne. Niezbyt rozumiał pewnie wątek poczucia winy ale za to doskonale widział możliwe tragiczne efekty nieposłuszeństwa względem rodziców. Mnie film bardzo ścisnął za gardło, niezbyt trzeba się wysilać w przypadku matek o taki efekt. Każda z nas ma wyobraźnię, która uruchamia się na dźwięk sygnału karetki. Wiemy co może się stać a poczucie bezsilności w przypadku nieszczęścia i cierpienia, które dotyka własne dziecko jest przerażająca...
Adam traci świat w sensie dosłownym. I bynajmniej nie chodzi tu tylko o stratę najbliższej osoby, którą jest ojciec, chodzi o punktu oparcia jaki ojciec stwarzał Adamowi. Choroba Aspargera zdaje się być łatwiejsza do zniesienia jeśli jest ktoś kto tworzy choremu taki punkt. Adam żyje z pozoru tak samo. Pomaga mu przyjaciel. Nowa lokatorka wchodzi w życie Adama mimo, że ten niezbyt tego pragnie. Początkowo wystraszona jego dziwnym zachowaniem Beth odkrywa w Adamie coś szczególnego, coś co pozwala się jej pozbierać po poprzednim związku. To coś zaczyna kiełkować uczuciem ale Beth ma świadomość, że to nie jest tym czego ona pragnie. Adam musi stawić czoła ważnym wyborom. Musi zrobić to sam, co przeraża go, doprowadza do szału i paraliżuje. Niesamowitym wysiłkiem woli postanawia ruszyć w swoją nową drogę. Zwycięstwo nad słabością płynącą z choroby jest dla Adama bardzo ważnym zwrotem w życiu. Film wart obejrzenia.
Maria Antonina - dziewczynka wyrwana z domu rodzinnego, przewieziona w inny świat i pozbawiona wszystkiego co do tej pory stanowiło dla niej sens istnienia. Posłuszna w wykonywaniu woli rodziców i służbie narodowi (sama za bardzo nie wie któremu, austriackiemu czy francuskiemu) znajduje się w pustce dworskiej etykiety, której zasady wydają się jej niezgodne z niczym co do tej pory znała. Dziewczynka w czasie oczekiwania na zbliżenie się małżonka zabija nudę jedzeniem słodyczy, strojeniem się, plotkami i balami. Dziwna Austriaczka powoli staje się hazardzistką, lekką rączką przepuszczającą majątek Francji. Bycie matką nie zmienia nic w jej życiu, bo dzieci są jej natychmiast odbierane, razem z mężem stanowili parę monarszą niezbyt rozgarniętą w polityce ani w zasadach rządzenia krajem. Mimo przepychu wnętrz, dekoracji, strojów itd. w filmie unosi się samotność...
Przekonywująca wersja Kuby Rozpruwacza w doborowej obsadzie. Ponieważ wyrosłam na kryminałach C. Doyle'a z tamtej epoki to pozostał mi niezwykły sentyment do ostatnich lat XIX w.
Bugajski ma słabość do obsadzania Gajosa w charakterze negatywnego bohatera - jak negatywny, to w jaki sposób bohater? ;P Do Gajosa mam absolutną słabość, która ciągnie się od Janka z Czterech pancernych. Zdecydowanie wolę jego kreacje wieku dojrzałego. Ot choćby z "Przesłuchania" czy "Żółtego szalika". W "Przesłuchaniu" zszokował mnie wielce udanym przekazem nienawiści i ślepej wiary w słuszność idei, w "Szaliku" genialnie oddał fizyczny i psychiczny obraz alkoholika. "Układ zamknięty" pokazuje skorumpowany świat III RP. Nie byłabym taka pewna czy tymi złymi są tylko i jedynie ci "czerwoni" z poprzedniej epoki. Zło w człowieku nie jest zależne od przynależności do jakichkolwiek organizacji, ono po prostu jest. Hodowane latami przez prokuratora Kostrzewę nienawistne i zawistne pobudki podsycają apetyt na pieniądze i władzę. Idzie po trupach do celu, bo dlaczego nie, skoro tyle lat robi to bezkarnie. No właśnie bezkarnie... Konkluzja: lepiej być biednym, siedzieć cicho na dupie, niczego nie dokonać a już broń boże nie starać się w życiu o sukces własnego przedsiębiorstwa, bo jutro mogą przyjść po ciebie, żeby położyć rękę na twoich pieniądzach...
środa, 23 października 2013
Literatura polska.
Dlaczego w niej gustuję? Bo nie piszą mi o jakichś Mary i John'ach, nie prowadzą mnie przez urocze zakątki Toskanii, nie opowiadają o smakach ośmiornicy z grilla czy wina a casa ale wiodą przez mój kraj i moje realia - choćby nawet odległe i znane tylko z opowieści sprzed/po wojny. Lubię zatapiać się w tym co mi znane, rozgryzać dokładnej smak polskości i nad nim się zadumać. Nie wyklucza to literatury obcej, którą także czytam, ale zdecydowanie lepiej się czuję w polskim sosie, którego różny smak degustuję z różnym odbiorem.
Wybrałam sobie ostatnio dwie pozycje. Zupełnie różne. Gretkowską, bo wiedziałam już gdzie stoi w bibliotece ;D I Pilcha, bo okazał się być odstawiony na półkę ze starociami a książka z 2013 roku.

Recenzję tej książki przeczytałam wieki temu. Że Gretkowska majstersztyk a Pietucha blado. Że Manuela klasa a Piotr przeciętność. No cóż mam swoje zdanie. Owszem część Gretkowskiej jest dosadna z momentami obsceniczności jak dla delikatnego odbiorcy, którym niestety nie jestem. Historia Ewy, która wcina się trójkątem Wenery w niespójny ale stabilny i wygodny związek dużo starszego malarza i jego wieloletniej partnerki. Ewa spadła z drzewa, spadła na kamyczki, pobiła se cycki - taki koniec - obolała dusza bo malarzowi rodzi się dziecko, którego matką nie jest pramatka.
Druga część także trójkątna. Też z przypadku, zrządzenia losu czy impulsu, którym kierowany jest dojrzały facet żonaty-dzieciaty. Wydaje mi się, że Pietucha przeniósł na karty częściowy ciężar własnej winy, który pewnie czuł rozstając się z poprzednią partnerką, z którą ma tak jak bohater powieści dwóch synów. Może i była ta część przewidywalna, ale świetnie pokazała, że do zdrady nie trzeba popsutego związku, nie musi być zwalania winy "bo on, bo ona" - wystarczy moment w czasoprzestrzeni i lekkie zmatowienie stałego związku. Pietucha mnie wzruszył, naprawdę, do łez. A ponieważ wcześniej czytałam "Europejkę" Gretkowskiej, to automatycznie znalazłam wiele połączeń między tymi dwoma formami pamiętnika i powieści. "Europejka" była pisana równolegle ze "Scenami" i cieszyło mnie znajdowanie korelacji takich jak choćby nowe perfumy Ewy :)

Sigła - Wisła, cudna i obfitująca w prawdziwy kalejdoskop postaci miejscowość. Pilch opowiada jak mało kto, jak moja babka lecz przy większej ilości odgałęźników, odnośników, dygresji, detalicznych spraw a bogato i suto tak jak to drzewiej bywały szlacheckie stoły zastawione. Nie czytałam tej książki szybko. Szkoda mi było! Dawkowałam cienką stróżką by starczyła mi na jak największa ilość wieczorów. Cedziłam po kilka/kilkanaście kartek żałując, że to i tak za szybko, zbyt pochopnie a potem będzie żal. I był, chociaż historia zaginionej Oli tak naprawdę była jedynie pretekstem do snucia siglańskiej opowieści, to pięknie zbudował Jerzy tym pretekstem nastrój niepokoju i podejrzeń. Czytając, chciało mi się z książką lecieć pieszo do Wisły i wdrapać się na Czantorię by z jej szczytu czytając bacznie obserwować okolice, bo nuż wyszedłby z fary Pastor Mrak albo cudotwórca Fryc Moitschek pocztowy doręczyciel... ech chciałaby dusza do nieba, raju, ale póki co musi zrozumieć że życie nie wieczne ;)

A trzecią przeczytałam do spółki z czwartą troszkę wcześniej. Ta akurat nie o Polsce, nie o Polakach ale napisana przez Polkę :) Z tyłu notatka od autorki "piszę powieść jakbym sobie opowiadała bajkę" czy jakoś tak. Faktycznie opowieść ma fantastyczne wstawki, frapujące i nieoczekiwane sytuacje. Jak Pilch twierdzi w "Demonach" - w Boga samego nie da się rady wierzyć, można wierzyć w słowo boże, jeszcze łatwiej wierzyć w księgę, ale w Boga nie sposób". Tokarczuk wysyła swoich bohaterów w podróż do miejsca gdzie Księga jest przechowywana.. Idąc wedle wskazówek tajnej i niezbyt jasnej mapy podróżnicy w końcu docierają do punktu przeznaczenia, ale czy docierają tam ci, którym najbardziej na tym zależało? To już przeczytajcie sami. Piękna bajka dla dorosłych :)

Cały czas powieści, to chwila oddzielająca głównego bohatera od śmierci w wypadku samochodowym. Czyli tak zwany "film zycia" przelatujący podobno w takich przypadkach przez głowę (osobiście doświadczyłam zupełnie czegoś innego w podobnym, krytycznym momencie życia). I jemu tez przelatuje całe życie. Swoje i rodziców, szczegółowo i wiernie oddane realia czasów komunistycznej Polski. I lawirowanie pomiędzy dogodnościami życiowymi. Być jak chorągiewką na wietrze, to porównanie celnie oddaje charakter głównego bohatera, który powiela schemat życia ojca o czym z zaskoczeniem przekonuje go wspomnienie pogrzebu. Nie jestem pewna czy ludziom film życia tak szczegółowo przesuwa się przed oczami, ale podobno nasz mózg ma nieograniczone możliwości. W każdym razie książka jest ciekawym przekrojem czasów minionych.
Wybrałam sobie ostatnio dwie pozycje. Zupełnie różne. Gretkowską, bo wiedziałam już gdzie stoi w bibliotece ;D I Pilcha, bo okazał się być odstawiony na półkę ze starociami a książka z 2013 roku.
Recenzję tej książki przeczytałam wieki temu. Że Gretkowska majstersztyk a Pietucha blado. Że Manuela klasa a Piotr przeciętność. No cóż mam swoje zdanie. Owszem część Gretkowskiej jest dosadna z momentami obsceniczności jak dla delikatnego odbiorcy, którym niestety nie jestem. Historia Ewy, która wcina się trójkątem Wenery w niespójny ale stabilny i wygodny związek dużo starszego malarza i jego wieloletniej partnerki. Ewa spadła z drzewa, spadła na kamyczki, pobiła se cycki - taki koniec - obolała dusza bo malarzowi rodzi się dziecko, którego matką nie jest pramatka.
Druga część także trójkątna. Też z przypadku, zrządzenia losu czy impulsu, którym kierowany jest dojrzały facet żonaty-dzieciaty. Wydaje mi się, że Pietucha przeniósł na karty częściowy ciężar własnej winy, który pewnie czuł rozstając się z poprzednią partnerką, z którą ma tak jak bohater powieści dwóch synów. Może i była ta część przewidywalna, ale świetnie pokazała, że do zdrady nie trzeba popsutego związku, nie musi być zwalania winy "bo on, bo ona" - wystarczy moment w czasoprzestrzeni i lekkie zmatowienie stałego związku. Pietucha mnie wzruszył, naprawdę, do łez. A ponieważ wcześniej czytałam "Europejkę" Gretkowskiej, to automatycznie znalazłam wiele połączeń między tymi dwoma formami pamiętnika i powieści. "Europejka" była pisana równolegle ze "Scenami" i cieszyło mnie znajdowanie korelacji takich jak choćby nowe perfumy Ewy :)
Sigła - Wisła, cudna i obfitująca w prawdziwy kalejdoskop postaci miejscowość. Pilch opowiada jak mało kto, jak moja babka lecz przy większej ilości odgałęźników, odnośników, dygresji, detalicznych spraw a bogato i suto tak jak to drzewiej bywały szlacheckie stoły zastawione. Nie czytałam tej książki szybko. Szkoda mi było! Dawkowałam cienką stróżką by starczyła mi na jak największa ilość wieczorów. Cedziłam po kilka/kilkanaście kartek żałując, że to i tak za szybko, zbyt pochopnie a potem będzie żal. I był, chociaż historia zaginionej Oli tak naprawdę była jedynie pretekstem do snucia siglańskiej opowieści, to pięknie zbudował Jerzy tym pretekstem nastrój niepokoju i podejrzeń. Czytając, chciało mi się z książką lecieć pieszo do Wisły i wdrapać się na Czantorię by z jej szczytu czytając bacznie obserwować okolice, bo nuż wyszedłby z fary Pastor Mrak albo cudotwórca Fryc Moitschek pocztowy doręczyciel... ech chciałaby dusza do nieba, raju, ale póki co musi zrozumieć że życie nie wieczne ;)
A trzecią przeczytałam do spółki z czwartą troszkę wcześniej. Ta akurat nie o Polsce, nie o Polakach ale napisana przez Polkę :) Z tyłu notatka od autorki "piszę powieść jakbym sobie opowiadała bajkę" czy jakoś tak. Faktycznie opowieść ma fantastyczne wstawki, frapujące i nieoczekiwane sytuacje. Jak Pilch twierdzi w "Demonach" - w Boga samego nie da się rady wierzyć, można wierzyć w słowo boże, jeszcze łatwiej wierzyć w księgę, ale w Boga nie sposób". Tokarczuk wysyła swoich bohaterów w podróż do miejsca gdzie Księga jest przechowywana.. Idąc wedle wskazówek tajnej i niezbyt jasnej mapy podróżnicy w końcu docierają do punktu przeznaczenia, ale czy docierają tam ci, którym najbardziej na tym zależało? To już przeczytajcie sami. Piękna bajka dla dorosłych :)
Cały czas powieści, to chwila oddzielająca głównego bohatera od śmierci w wypadku samochodowym. Czyli tak zwany "film zycia" przelatujący podobno w takich przypadkach przez głowę (osobiście doświadczyłam zupełnie czegoś innego w podobnym, krytycznym momencie życia). I jemu tez przelatuje całe życie. Swoje i rodziców, szczegółowo i wiernie oddane realia czasów komunistycznej Polski. I lawirowanie pomiędzy dogodnościami życiowymi. Być jak chorągiewką na wietrze, to porównanie celnie oddaje charakter głównego bohatera, który powiela schemat życia ojca o czym z zaskoczeniem przekonuje go wspomnienie pogrzebu. Nie jestem pewna czy ludziom film życia tak szczegółowo przesuwa się przed oczami, ale podobno nasz mózg ma nieograniczone możliwości. W każdym razie książka jest ciekawym przekrojem czasów minionych.
wtorek, 3 września 2013
Czy tylko w Polsce mozna zakisić ogórki?
Pytam całkiem serio, bo wyczytuję w różnych miejscach blogowych, że ludziom z Polski często ogórków kiszonych brakuje na obczyźnie. Niektórzy wożą polskie ogórki za granicę i tam poddają procesowi kiszenia... Jakoś wierzyć mi się nie chce, że inne kraje świata nie prowadzą gruntowej uprawy ogórka. Wiedzę popieram stwierdzeniem Marty, która kisi kanadyjskie ogórki i wychodzą jej zupełnie polskie kiszone. To o co kaman z tym tematem????
Mam polarek na grzbiecie od tygodnia, bo w dzień tylko 13-17 st. W ogródku kwitną mi astry samosiejki i słoneczniki. Wyczuwam wzmożoną ochotę na dania treściwe u domowników, więc pora mi otworzyć sezon fasolki po bretońsku, bigosu, gulaszu i zawiesistych zup. Póki co nastawiłam rosół, bo jednego z domowników dopadł rotawirus i tak nim targał od 5.00 rano. Mentalnie szykuję się do przeniesienia mebli ogrodowych do garażu. Grafik się krystalizuje powoli a ja kończę druga książkę z biblioteki.

Gdzieś czytałam, że książka pełna powtórzeń cudzej twórczości. Owszem pojawiają się w niej zmodyfikowane sceny, które gdzieś tam, ktoś tam już napisał. Uświadomiło mi to fakt jak trudno stworzyć coś niepowtarzalnego a samą książkę czytało mi się szybko i dość ciekawie. Pokazanie dialogów wyjętych jakby żywcem z niektórych forów internetowych - bezcenne. Dodam, że wolę "Japoński wachlarz" od tej pozycji.

To moje pierwsze zderzenie z prozą Muller. Zderzenie, bo nie czyta się gładko i nie patrzy się na piękną stronę życia. Widzimy życie młodej dziewczyny w kraju Wampira z Bukaresztu gdzie dyktatura wkradała się do wszystkich dziedzin życia czy się tego chciało czy nie. Momentami hipnotyzujący styl narracji mieszający obrazy wiejskie z miejskimi. Świetnie oddana atmosfera beznadziei, bezsensu i niewoli.
Mam polarek na grzbiecie od tygodnia, bo w dzień tylko 13-17 st. W ogródku kwitną mi astry samosiejki i słoneczniki. Wyczuwam wzmożoną ochotę na dania treściwe u domowników, więc pora mi otworzyć sezon fasolki po bretońsku, bigosu, gulaszu i zawiesistych zup. Póki co nastawiłam rosół, bo jednego z domowników dopadł rotawirus i tak nim targał od 5.00 rano. Mentalnie szykuję się do przeniesienia mebli ogrodowych do garażu. Grafik się krystalizuje powoli a ja kończę druga książkę z biblioteki.
Gdzieś czytałam, że książka pełna powtórzeń cudzej twórczości. Owszem pojawiają się w niej zmodyfikowane sceny, które gdzieś tam, ktoś tam już napisał. Uświadomiło mi to fakt jak trudno stworzyć coś niepowtarzalnego a samą książkę czytało mi się szybko i dość ciekawie. Pokazanie dialogów wyjętych jakby żywcem z niektórych forów internetowych - bezcenne. Dodam, że wolę "Japoński wachlarz" od tej pozycji.
To moje pierwsze zderzenie z prozą Muller. Zderzenie, bo nie czyta się gładko i nie patrzy się na piękną stronę życia. Widzimy życie młodej dziewczyny w kraju Wampira z Bukaresztu gdzie dyktatura wkradała się do wszystkich dziedzin życia czy się tego chciało czy nie. Momentami hipnotyzujący styl narracji mieszający obrazy wiejskie z miejskimi. Świetnie oddana atmosfera beznadziei, bezsensu i niewoli.
środa, 24 kwietnia 2013
Ooo, uwielbiam jąąą, ona tu jest
i kwitnie dla mnie :)
Dla Was także. Na dzień dobry świeżutkie zdjęcia prosto z ogródka. Ja wiem, że u Was już różaneczniki i tulipany kwitną w pełni. U mnie wciąż wczesnowiosenne krokusy, żonkile, cebulice, hiacynty i 8 szt tulipana. Niby mało a radość wielka, bo grządka pęcznieje zielenią w oczach, bo modrzew wypuścił już miniaturowe pędzelki zieleni, bo moja sakura lada dzień obsypie się blado różowym pyłem.
Mimo pędzących ostatnio galopem dni zauważam te zmiany i cieszę się nimi wychodząc z domu przy każdej okazji a także bez okazji. Przeczytane dwa tygodnie temu książki w końcu doczekają się powrotu do biblioteki, bo dzisiaj znajdę już na to czas.
Wyczyszczony po zimie rower znacznie skraca codzienne odległości :)
Czas wiosennego odrodzenia nie podlega dyskusji, zauważają wszyscy. Zmysły budzą się po zimie i nadzwyczaj wyostrzone wyłapują z przestrzeni wszystkie sygnały. Mój nos wyłapał już parę wiosennych piegów a skóra twarzy nabrała nareszcie jakiegoś koloru. Synowie uciekają każdą wolną chwilą z domu. Bo piłka, bo rower, bo rolki, bo deska, bo lody już otwarli! Nie zabraniam, dziwię się tylko, jak co roku, że się uczniom na korki chce przychodzić ;)

Cały czas miałam wrażenie, że tłumaczenie jest nieudolne. A może Xinran pisząc ją po angielsku nie potrafiła znaleźć słów oddających drobne szczegóły. Tak naprawdę nie są one istotne dla całości książki, która składa się z opowiadań o matkach zmuszonych przez system polityczny panujący w Chinach do porzucenia swych dzieci. Do porzucenia swych córek. To chore przekonanie, że dobro narodu należy stawiać ponad dobrem człowieka wylewa się goryczą, smutkiem i tragedią z każdej historii opowiadanej przez kobiety. Wstrząsające obrazy, dramatyczne przeżycia i przede wszystkim strach, który do tego doprowadził zasłaniają niezbyt wprawne używanie języka ale ściskają za gardło mocnymi emocjami.

Kryminał, dobry kryminał a nawet bardzo dobry! Krajewski stworzył komisarza, który oprócz epilepsji wywoływanej na żądanie jest wielbicielem klasyki i sypie łaciną jak z rękawa co świetnie wpisuje się w klimat przedwojennej epoki i kontrastuje z lwowską gwarą. Mieszanina ludzkiej podłości, zwyrodnienia i całkiem zwykłego życia wstrząśnięta mordem chłopczyka, który niczemu nie zawinił. Edward Popielski właśnie miał zamiar przejść na emeryturę i zająć się na dobre czytaniem klasyków w oryginale. I byłby to uczynił gdyby Erynie obrały sobie inny cel. Bardzo dawno nie czytałam tak dobrego kryminału, który prócz ścigania zbrodni tak plastycznie i obrazowo oddaje klimat epoki i środowisko, w którym dzieje się akcja!. Polecam.
Zmykam, uwielbiać ją ą ą :)
Zdjęcia okładek skopiowane ze stron wydawnictw.
Dla Was także. Na dzień dobry świeżutkie zdjęcia prosto z ogródka. Ja wiem, że u Was już różaneczniki i tulipany kwitną w pełni. U mnie wciąż wczesnowiosenne krokusy, żonkile, cebulice, hiacynty i 8 szt tulipana. Niby mało a radość wielka, bo grządka pęcznieje zielenią w oczach, bo modrzew wypuścił już miniaturowe pędzelki zieleni, bo moja sakura lada dzień obsypie się blado różowym pyłem.
Mimo pędzących ostatnio galopem dni zauważam te zmiany i cieszę się nimi wychodząc z domu przy każdej okazji a także bez okazji. Przeczytane dwa tygodnie temu książki w końcu doczekają się powrotu do biblioteki, bo dzisiaj znajdę już na to czas.
Wyczyszczony po zimie rower znacznie skraca codzienne odległości :)
Cały czas miałam wrażenie, że tłumaczenie jest nieudolne. A może Xinran pisząc ją po angielsku nie potrafiła znaleźć słów oddających drobne szczegóły. Tak naprawdę nie są one istotne dla całości książki, która składa się z opowiadań o matkach zmuszonych przez system polityczny panujący w Chinach do porzucenia swych dzieci. Do porzucenia swych córek. To chore przekonanie, że dobro narodu należy stawiać ponad dobrem człowieka wylewa się goryczą, smutkiem i tragedią z każdej historii opowiadanej przez kobiety. Wstrząsające obrazy, dramatyczne przeżycia i przede wszystkim strach, który do tego doprowadził zasłaniają niezbyt wprawne używanie języka ale ściskają za gardło mocnymi emocjami.
Kryminał, dobry kryminał a nawet bardzo dobry! Krajewski stworzył komisarza, który oprócz epilepsji wywoływanej na żądanie jest wielbicielem klasyki i sypie łaciną jak z rękawa co świetnie wpisuje się w klimat przedwojennej epoki i kontrastuje z lwowską gwarą. Mieszanina ludzkiej podłości, zwyrodnienia i całkiem zwykłego życia wstrząśnięta mordem chłopczyka, który niczemu nie zawinił. Edward Popielski właśnie miał zamiar przejść na emeryturę i zająć się na dobre czytaniem klasyków w oryginale. I byłby to uczynił gdyby Erynie obrały sobie inny cel. Bardzo dawno nie czytałam tak dobrego kryminału, który prócz ścigania zbrodni tak plastycznie i obrazowo oddaje klimat epoki i środowisko, w którym dzieje się akcja!. Polecam.
Zmykam, uwielbiać ją ą ą :)
Zdjęcia okładek skopiowane ze stron wydawnictw.
środa, 20 marca 2013
To Musierowicz żyje?!
Z najstarszym, Puchatym, nawiązaliśmy kontakt słowny na bazie ostatnio czytanej lektury.
- To dziwna książka jest. Opinia Puchatego po zapytaniu o odbiór.
- Dlaczego?
- Ta Gienia to jakaś nieprawdziwa jest... Nie ma takich dzieci.
- Jakich?
- Takie co się do domu na obiadek wpychają.
- Są.
- Chyba sobie żartujesz! Przecież ani ja ani Kołek czy Houdini nie chodzimy po obcych domach za rosołkiem.
- Wy nie, ale Gienia nie miała takiego domu jak wy macie.
- No fakt, ta jej mama w ogóle miała ją w nosie.
- No to dziecko szukało kontaktu z ludźmi, proste nie? Zresztą do nas też się władował kiedyś sześcioletni człowieczek. I tu nastąpiło streszczenie:
- Som usy? Zapytał chłopczyna z bujną czupryna i brudnymi kolanami pewnego upalnego lata gdy otwarłam drzwi na jego pukanie.
- Co???
- No usy cy som?
- Jakie uszy?
- No ten twój brat. Usy.
Aaaaaaaaaa! Olśniło mnie, bo brat mój szanowny jest faktycznie posiadaczem pokaźnych i lekko odstających uszu :)
- Nie ma go. Pojechał z kumplem nad rzekę.
- Rowerem? Chłopczyna posmętniał znacznie.
- No.
- Eee, to ja się tu sam bez Usów pobawię! I zgrabnie wymijając mnie dopadł małego pokoju, walnął na kolana i spod łóżka wyciągnął pudełko z matchboxami brata. Skąd on o tym wiedział? się zdumiałam, a że z osłupienia wyjść nie mogłam, to drzwi zamknęłam.
- A ty jak masz na imię?
- Tomeczek.
- Posłuchaj, czy twoi rodzice wiedzą, że tu jesteś?
- Moich rodziców nie ma.
Potem okazało się, że ojciec Tomeczka lata po całym osiedlu z rozwianym włosem i obłędem w oczach zalanych obfitym potem twierdząc, że mu wampir z czarnej wołgi synka uprowadził. Potem od brata dowiedziałam się, że Tomeczek był przez niego obwożony na rowerze dookoła osiedla i dlatego tak pałał miłością do Usów. Pacholę jeszcze kilkakrotnie wpadało do nas pobawić się samopas skarbami mojego brata ale ponieważ po pierwszym incydencie poznaliśmy jego rodziców, to odbywało się już bez palpitacji sercowych i nerwowych.
- O rety, to są takie dzieci jednak!
- Ano są, a pani Musierowicz nadal ciągnie swoje opowieści.
- To ona jeszcze żyje???!!!
- Oczywiście, nawet w zeszłym roku wydała kolejna książkę z tej serii.
- A ty ile przeczytałaś jej książek?
- Do Noelki.
- Podobały ci się?
- Wtedy bardzo :)

Stasiuk odsyła mnie w lata niezbyt odległe, w krainę mi znaną. Co prawda obejrzaną babskimi oczami ale w podobnym w klimacie. U Stasiuka, jak zawsze, bardzo podoba mi się męska enigmatyczność wypowiedzi odnoszących się do przeżyć wewnętrznych. Krótko i na temat, bez pitu-pitu ozdobników i filozofii.

Połknięta w dwie godziny. I po co było się tak spieszyć?! Przedmioty przenoszące ładunek emocjonalny z postaci na postać, wędrówka w czasie i przestrzeni za pomocą krótkich a pełnych treści zdań skończyła się zbyt szybko, ale tej pozycji nie da się czytać wolniej! Ona wciąga i pogania, dopinguje, zwiększa tempo układając w głowie obraz pewnej rodziny. Mojej? Twojej? Jego lub jej. Łozińskiego czytałam po raz pierwszy i bardzo polecam.

Krótkie aczkolwiek zadziwiające. Zadziwiające rozpiętości pomiędzy ludzkimi jednostkami. Reportaże podzielone na trzy tematy. "Sól ziemi" o ludziach, których nie sposób nie zauważyć tak bowiem odcinają się swoją dziwnością od reszty społeczeństwa. Druga część "Nasi bracia mniejsi" opowiada o tych, którzy tworzą azyle i opieki czy to dla ludzi czy dla zwierząt. "Szamani", to reportaże dotyczące nieuchwytnej materii, którą niektórzy zdają się jednak dotknąć lub usilnie próbują.
Jutro idę po coś nowego, a Musierowicz nadal żyje :)
- To dziwna książka jest. Opinia Puchatego po zapytaniu o odbiór.
- Dlaczego?
- Ta Gienia to jakaś nieprawdziwa jest... Nie ma takich dzieci.
- Jakich?
- Takie co się do domu na obiadek wpychają.
- Są.
- Chyba sobie żartujesz! Przecież ani ja ani Kołek czy Houdini nie chodzimy po obcych domach za rosołkiem.
- Wy nie, ale Gienia nie miała takiego domu jak wy macie.
- No fakt, ta jej mama w ogóle miała ją w nosie.
- No to dziecko szukało kontaktu z ludźmi, proste nie? Zresztą do nas też się władował kiedyś sześcioletni człowieczek. I tu nastąpiło streszczenie:
- Som usy? Zapytał chłopczyna z bujną czupryna i brudnymi kolanami pewnego upalnego lata gdy otwarłam drzwi na jego pukanie.
- Co???
- No usy cy som?
- Jakie uszy?
- No ten twój brat. Usy.
Aaaaaaaaaa! Olśniło mnie, bo brat mój szanowny jest faktycznie posiadaczem pokaźnych i lekko odstających uszu :)
- Nie ma go. Pojechał z kumplem nad rzekę.
- Rowerem? Chłopczyna posmętniał znacznie.
- No.
- Eee, to ja się tu sam bez Usów pobawię! I zgrabnie wymijając mnie dopadł małego pokoju, walnął na kolana i spod łóżka wyciągnął pudełko z matchboxami brata. Skąd on o tym wiedział? się zdumiałam, a że z osłupienia wyjść nie mogłam, to drzwi zamknęłam.
- A ty jak masz na imię?
- Tomeczek.
- Posłuchaj, czy twoi rodzice wiedzą, że tu jesteś?
- Moich rodziców nie ma.
Potem okazało się, że ojciec Tomeczka lata po całym osiedlu z rozwianym włosem i obłędem w oczach zalanych obfitym potem twierdząc, że mu wampir z czarnej wołgi synka uprowadził. Potem od brata dowiedziałam się, że Tomeczek był przez niego obwożony na rowerze dookoła osiedla i dlatego tak pałał miłością do Usów. Pacholę jeszcze kilkakrotnie wpadało do nas pobawić się samopas skarbami mojego brata ale ponieważ po pierwszym incydencie poznaliśmy jego rodziców, to odbywało się już bez palpitacji sercowych i nerwowych.
- O rety, to są takie dzieci jednak!
- Ano są, a pani Musierowicz nadal ciągnie swoje opowieści.
- To ona jeszcze żyje???!!!
- Oczywiście, nawet w zeszłym roku wydała kolejna książkę z tej serii.
- A ty ile przeczytałaś jej książek?
- Do Noelki.
- Podobały ci się?
- Wtedy bardzo :)

Stasiuk odsyła mnie w lata niezbyt odległe, w krainę mi znaną. Co prawda obejrzaną babskimi oczami ale w podobnym w klimacie. U Stasiuka, jak zawsze, bardzo podoba mi się męska enigmatyczność wypowiedzi odnoszących się do przeżyć wewnętrznych. Krótko i na temat, bez pitu-pitu ozdobników i filozofii.

Połknięta w dwie godziny. I po co było się tak spieszyć?! Przedmioty przenoszące ładunek emocjonalny z postaci na postać, wędrówka w czasie i przestrzeni za pomocą krótkich a pełnych treści zdań skończyła się zbyt szybko, ale tej pozycji nie da się czytać wolniej! Ona wciąga i pogania, dopinguje, zwiększa tempo układając w głowie obraz pewnej rodziny. Mojej? Twojej? Jego lub jej. Łozińskiego czytałam po raz pierwszy i bardzo polecam.
Krótkie aczkolwiek zadziwiające. Zadziwiające rozpiętości pomiędzy ludzkimi jednostkami. Reportaże podzielone na trzy tematy. "Sól ziemi" o ludziach, których nie sposób nie zauważyć tak bowiem odcinają się swoją dziwnością od reszty społeczeństwa. Druga część "Nasi bracia mniejsi" opowiada o tych, którzy tworzą azyle i opieki czy to dla ludzi czy dla zwierząt. "Szamani", to reportaże dotyczące nieuchwytnej materii, którą niektórzy zdają się jednak dotknąć lub usilnie próbują.
Jutro idę po coś nowego, a Musierowicz nadal żyje :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
