środa, 20 sierpnia 2014

Polacy nie gęsi i tez NASA mają.

Zapowiadając synom naszą podróż przez kraj wydaliśmy obwieszczenie, że pierwszym przystankiem będzie polskie NASA. No bo gdyby nie Kopernik, to przecież nikt nie ruszyłby tyłka z Ziemi ;-) Co prawda samego Kopernika w Toruniu jest pod dostatkiem, to jednak nie on był priorytetem w podbijaniu miasta. Nasze dzieci są na etapie skrzętnego omijania wszelkich muzeów, bo zbytnio kojarzy się im to ze zdobywaniem szkolnej wiedzy, a przecież mamo! są wakacje. Niestety mają pecha albowiem matka, wredna istota jak się okazuje, skrzętnie wynotowała z wszelkich internetowych wujków i ciotek OGROMNIE WAŻNE informacje i zapowdawała im je w takich momentach, kiedy nie mieli szans się oddalić i musieli ich wysłuchać :D (głównie w jadącym aucie albo przy spożywaniu paszy - tylko w takich sytuacjach stado nie ulegało rozproszeniu).

Toruń zaskoczył mnie nie raz. Jestem nim oczarowana i chętnie tam jeszcze wrócę by pomyszkować po jego urokliwym Starym Mieście i innych atrakcjach.

Miasto rycerskich rozgrywek i hulanek.
Posiadające uroczego smoczka, 

ruiny zamku krzyżackiego
oraz bramy miejskie jakich nie powstydziłby się nawet Gdańsk.
Starówka pieczołowicie odrestaurowana przyciąga wzrok we wszystkich kierunkach. Już sam penthouse na wieży ratusza robi wrażenie

jak i wewnętrzny dziedziniec
 i mnóstwo przepięknych kamieniczek, z których każda mogłaby nosić miano domu Kopernika. Pomnik osiołka postawiono w miejscu pręgierza. Usiąść na osiołku można i nawet warto by przekonać się jak bolesne były średniowieczne kary - ma on na sobie specjalną uprząż, która dotkliwie wrzynała się w zakończenie pleców skazanego.
 Nie tylko nazwy ulic przypominają o tym toruńskim przysmaku, ale także upojne wonie toczące się z budynku Muzeum Piernika (do którego nie weszliśmy ponieważ młodzi pierniki wyrabiają sami i to gdzie się tylko da - ostatnio było to w przedświątecznej IKEI)
 Wieża kościoła św Jakuba, który stoi na trasie pielgrzymki do Santiago de Compostela wiodącego od Suwałk.

 Rasowe zaułki nie gorsze niż w czeskiej Pradze.
Brama Mostowa. U jej wylotu był pierwej prom a potem  most łączący dwa brzegi Wisły. Dzisiaj w tym miejscu jest pomost widokowy (widoczny za rowerzystą), który przy pomocy światła łączy brzegi rzeki po zmroku.
Błądząc po toruńskich zaułkach można przez pomyłkę wejść do szafy i zdziwić się niezmiernie albowiem nie znajdziemy w niej ubrań a siedzibę teatru dla dzieci Baj Pomorski.


Koniecznością wielką jest sprawdzenie odchyłu krzywej wieży, który mierniczy głoszą na prawie 1,5m


Dokonać tego można przy użyciu własnego ciała i jego 3 punktów "P"; pięty, pupa, plecy. Mają one przylegać do pochylonej  ściany i wtedy należy spróbować wyciągnąć przed siebie ręce. Jeśli uda się nam ustać w tej pozycji w bezruchu to znaczy, że sprawdzamy nie tę ścianę ;D


-Wisło, Wisło, nie podpływaj tak blisko, bo runę! - krzyknęła wieża kiedy średniowieczni budowniczowie skończyli jej budowę.
- To ruń! Odkrzyknęła królowa polskich rzek dając tym samym nazwę miastu, którego mury opływa po dziś dzień. 
Te kamieniczki miejskie z przejściami jak żywo przypomniały mi program Makłowicza o jednym z miast hanzeatyckich ponieważ w podobnym miejscu Makłowicz  ustawił swój kocher. Toruń też należał do Hanzy i na ulicy Żeglarskiej można zobaczyć nazwiska i herby umieszczone w płytach chodnikowych będących Aleja Gmerków.

Ta sama kamieniczka "Pod Aniołem" od strony miasta.
Pod więzienie przybyliśmy akurat w porze wymieniania informacji między kochankami; pani stała przed murami, pan krzyczał z jednego z okien rotundy.

Skoro polskie NASA, to musi być i planetarium.

Na Toruń spadła plaga żab. Ten, któremu uda się wyprowadzić je z miasta miał dostać rękę córki burmistrza oraz pokaźna kwotę pieniędzy. Zgłosił się flisak Iwo, który grając na skrzypcach wywiódł żaby za bramy miasta aż do dzielnicy Mokre. 
Teraz wystarczy pomyśleć życzenie i dotknąć grzbietu żabki by się spełniło :)))

Budynek poczty - istne cacuszko architektoniczne.

Ale Toruń nie chce pozostać w naszej pamięci jedynie gotyckim miastem.




Mimo Dworu Artusa

 i wyłażących o zmroku kotach na dachach

 monumentalnego Kopernika
 w ostatnich promieniach zachodzącego słońca

pojawia się słodki Mikołaj w przedsionku kawiarni "Sowy" wykonany z 100kg czekolady
 oraz lady chłodnicze przyprawiające nas wszystkich o nagły ślinotok :D
Nieopodal "Sowy"  kolejna słodka niespodzianka - sklep z cukierkami wyrabianymi ręcznie a za rogiem czaiły się sklepy z pierniczkami :)


Nasyceni toruńskimi słodkościami wyszliśmy poza mury miejskie na spacer nadwiślaną promenadą, na którą zwrócony jest zegar kościoła św Janów, co dobitnie świadczy, że kiedyś życie tętniło na nabrzeżu właśnie.

A mury przeciwpowodziowe zaczynają "gadać":












Jeśli chcecie możecie odbyć własny "Rejs" na autentycznym statku z filmu Piwowskiego.

 Jeszcze pętelką pod uniwersytet i spojrzenie przez Bramę Żeglarską na kościół św Janów
 i spadamy na nocleg do --->

Ciąg dalszy nastąpi, bo choć  w Toruniu spędziliśmy tylko 22 godziny, to były one tak obfite w miejsca, że nie sposób zmieścić to w jednym poście.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Dwa tysiące kilometrów polskiej podróży.

Tyle wskazał licznik kiedy w końcu wróciliśmy do domu bladym świtem dnia siedemnastego sierpnia roku pańskiego 2014.

Nasza trasa trąciła o Toruń, Łebę, Gdańsk, Malbork i Warszawę. Było wiele atrakcji, moc ekscytacji po których zostało całkiem sporo materiałów filmowych i fotograficznych. Spaliśmy w rożnych warunkach; od koszar wojskowych przez hostele, motele, mieszkania do wynajęcia po własny namiot. Jedliśmy z niejednej miski i talerza wybierając różnej kategorii miejsca stołowania. Próbowaliśmy wszystkiego co było dostępne, właziliśmy wszędzie gdzie było możliwe, gadaliśmy z różnymi ludźmi i obserwowaliśmy różne zjawiska. Niektórym było mało wrażeń więc katapultowali się w przestrzeń powietrzną w kuli uwiązanej na gumkach bungee. Niektórym udało się spełnić jedno z wielu marzeń i choć Stadion Narodowy to nie Camp Nou, to jednak Kryśka pokazał kilka tricków dla publiczności podczas rozgrzewki wywołując aplauz i zachwyt.

Na polu namiotowym okazało się, że jestem jedyną szczęśliwą posiadaczką klamerek do bielizny, których zazdrościli mi inni ;-) albowiem ich ręczniki i garderoba mniejsza sfruwała z linek i ulegała poniewieraniu się wtórnemu. Nauczona doświadczeniem sprzed ćwierć wieku wiedziałam, że zwykła klamerka do bielizny może mieć niejedno zastosowanie i okazuje się być przydatniejsza niż niejeden niezbędnik. Taki malutki przedmiot nie tylko ujarzmia zmoczone kąpielówki i ręczniki ale całkiem skutecznie potrafi być przenośnym wieszakiem do małej latarki lub ściereczki kuchennej. W naszym ekwipażu zabrakło jednak jednej rzeczy - stolika turystycznego, którego nie kupiliśmy razem z namiotem, materacami, śpiworami, fotelami turystycznymi. Na polu namiotowym były co prawda stoliki i ławy dostępne ale nie wszystkie dały się przenieść w pobliże naszego namiotu. Stolik oraz małą płytę grzewczą trzeba dokupić na przyszłość.

O wszystkich miejscach napiszę wkrótce jak tylko ogarnę rzeczywistość zastaną w domu i przywiezioną w walizkach. Póki co wysypuję bałtycki piasek z kieszeni spodenek i zabieram się za smażenie naleśników na obiad.

Pozdrawiam serdecznie :-)