czwartek, 6 czerwca 2013

O takiej jednej, co poszła na wojnę.

Pod kołdrą. Jest koniec wakacji, moje sześć lat nadal boi się spać w samotności, więc siedzi pod kołdrą. Poci się przy tym obficie, bo "lato było piękne tego roku" co nawet przeciągnęło się łaskawie ciepłem w stronę jesieni. Moje sześć lat czuje się jak w kanale pod Mokotowską (taka ulica w Warszawie). Nie dość, że jest mokre, to zaczyna czuć zapach. Właściwie smród. Woń własnego strachu. Nad blokiem przelatują kolejne samoloty. Nisko jakby gotowały się do zrzutu. Włosy oblepiają sześcioletnią czaszkę, w której kłębią się chropowate, czarno-białe zdjęcia, pełne wybuchów i niemych krzyków przerażonych ludzi. W mokrych uszach ciągle dźwięczy huk wybuchów. To jest wojna. Sześć lat nie umie zbyt dobrze liczyć, ale wnioskuje z cyklicznie nadawanych programów telewizyjnych, że wojna się nie skończyła 30 lat temu. Ona ciągle trwa. Niemców nikt nie wyniszczył do zera, więc to bardzo prawdopodobne, że znowu napadną. W odwecie pokonanych. Wiadomo, ludzie są mściwi, złośliwi, żli,  sześć lat to wie doskonale. Widzi, obserwuje i wyciąga wnioski. Woli siedzieć pod kołdrą. Nie ma kanału ani bunkra pod ręką, kołdra musi wystarczyć, bo oni wciąż krążą na letnim niebie. Buczą  i huczą, zaraz zaczną zrzucać bomby, zaraz będzie 1 września, tylko zamknę sześcioletnie oczy....


    

Pamiętam Holland z filmu "Europa, Europa", który wcisnął mnie w kinowy fotel i trzymał w niesamowitym napięciu przez czas seansu. Na własne nieszczęście obejrzałam ten film w towarzystwie chłopaka, który miast w ekran patrzył się we mnie. Nie mogłam zrozumieć CO jest ważniejszego od opowieści, która toczyła się przed naszymi oczami! Gościu tak mnie zirytował, że warknęłam na niego cos w rodzaju "ten film jest bardziej interesujący". Chłopak zrozumiał dobrze. Już nigdy nie zaprosił mnie do kina, bo ja w tamtym czasie chodziłam na filmy i tak mi chyba do dzisiaj zostało :)

"W ciemności" nie wcisnęło mnie nigdzie. Zaręczam, że moja domowa sofa nadaje się do wciskania, nawet bardzo. Miałam cały czas wrażenie, że Holland pojechała w stronę amerykańskiego komercjalizmu kinowego. Kolejna "Lista Schindlera", więc nie dziwię się już, że bez Oskara. Akademia nie może nagradzać ciągle takich samych historii. Nawet ze względu na Żydów.  Film poprawny, aktorzy świetni, piękny dialog śpiewnym wschodnim językiem prowadzony. Oj, nie po to my sie z Pawlakiem o miedze bili, nie po to...

Przekłamana "Enigma" jeży patriotyczne włosy na głowie. Zapewne mieliśmy zdrajców w narodzie i to niejednego. Trudno przełknąć postać drugoplanową, która jest Polakiem, zdrajcą pracującym nad deszyfracją kodów enigmy w Anglii.  Zamiar nie zamiar, w każdym razie ambasador nie poszedł na premierę, chociaż go proszono. I nie dziwota, bo enigmę rozpracowali Polacy a film nie dość, że zdrajcę nam zapodaje, to jeszcze marginalizuje nasze osiągnięcia. No cóż, nie pierwszy to raz zawiedli nas alianci...

"Róża" jest wstrząsająca. Zarówno treścią jak obrazem. Okrucieństwo wojennych konsekwencji skrupione na jednej kobiecie, która chroni jak umie własne dziecko. Odbarwiony i celowo prześwietlony obraz urealnia tamte widoki. Przygniatający film. Bezmiarem nieszczęścia, okrucieństwa i przemocy. Wśród tego wszystkiego zaplątany akowiec, który wyszedł z lasu z zamiarem rozpoczęcia normalnego życia. Ale jak tam żyć na tych Mazurach, kiedy oni (mieszkańcy Mazur) nie bardzo wiedzą kim są? Niemiecki pastor przyznający się do celowego wypleniania polskości, sowieckie "tawariszcze" budujące nową Polskę i ludzie, którzy przetrwali koszmar wojny. Jak dla mnie Oskar, mimo nieudolnej charakteryzacji Dorocińskiego w kilku finalnych ujęciach.
Jak najbardziej polecam.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Ostatnie dni.



Dzień Dziecka. Całe sprzątanie zrobiłam sama. Zdjęłam z nich wszystkie obowiązki, które nakłada każda sobota (synowie sprzątają sami cały dom co tydzień). Byli oczarowani. Na obiad podałam własną pizzę, ich ulubioną, byli zachwyceni. Na deser dostali lody śmietankowo-czekoladowe, byli wniebowzięci.

- A teraz słuchać uważnie- trzy pary oczu wlepiły się z intensywnością- tak ma wyglądać Dzień Matki w przyszłym roku. Nie chcę prezentu. Ma być posprzątane i gotujecie obiad z deserem. To będzie najlepszy prezent.


Wątpię czy zapamiętają :D 


Ja ucieszona niespodziewanymi odwiedzinami M :)))


Brnę. Przez zaspy, zawieruchy i wiatr w oczy przymyka mi powieki. Tak jest co wieczór. Walczę usilnie ale odpadam, robi mi się ciepło i chociaż podobno jest to symptom zamarzania, zasypiam. Co dziwniejsze budzę się co rano a po śniegu ani śladu. Tylko jakaś bardzo gruba książka leży na podłodze. Tytuł sugeruje, że to "Czarna księga" ale raczej na białym papierze pisana, to pamiętam dokładnie mimo śpiączki. Może temu ciemność widzę tuż po jej otwarciu, czyżby sugestia autora? Przyswoiłam Ataturka, na resztę nie mam miejsca w głowie, a Ruya jak się zgubiła tak jej nie ma i mimo paru chwil humorystycznych czuję się duszona przez wonne pachnidła orientalnego Franza Kafki. Nie przebrnę tej śnieżycy, to już wiem na pewno. Termin biblioteczny upływa, wyjazd urlopowy na karku, farewell czy gule gule! jak się żegnają Turcy. Totalne rozczarowanie mimo wrodzonej sympatii do przydługich wywodów, opisów i wtrętów. 

Czarna księga - Orhan Pamuk

Na szczęście z prawdziwa przyjemnością przeczytałam "Fabrykę muchołapek". Może dlatego, że chodziłam po mieście króla Chaima Rumkowskiego? Umiałam ogarnąć akcję i jej implikacje. No nie wiem... Nie wiadomo czy Rumkowski zginął w Auschwitz, a pisarz umiejętnie i sugestywnie przedstawił alternatywne dzieje po likwidacji  łódzkiego getta.

Fabryka muchołapek - Andrzej Bart


Zalewamy Was tam na dole? Jakos mi się wierzyć nie chce, że gdzieś w Polsce świeci słońce... Skopiowałam żelazny jadłospis. Wisząc na lodówce dodaje mi otuchy, że tam na południu cieplej, widniej, słonecznie. Pozwala uwierzyć, że przetrwamy te niecałe 3 tygodnie.


1. spaghetti
2. kotlet drobiowy, ziemniaki , mizeria
3. naleśniki z jabłkami
4. kurczak w sosie pomidorowym, makaron, surówka
5. zupka chinka/ grill wieczorem
6. makaron z serem/ wypad do mariny
7. tortilla
8. kurczak z sosem pieczarkowym, ryz, surówka
9. naleśniki z dżemem/ grill wieczorem
10. spaghetti
11. zupka chinka/ pizza w porcie
12. to co w pt 2
13. cevapcici, ryż surówka
14. ryż z jabłkiem/ kalmary w marinie
15. Budapeszt i jego oferta gastronomiczna

Właściwie nie musiałabym go pisać, bo wyuczony na pamięć, ale zawsze dobrze jest zerknąć na lodówkę pisząc listę zakupów :)

Byliśmy w teatrze." Boeing, boeing" kolejna dawka śmiechu z Teatrem Bagatela. W ręku mam już wejściówki na "Tango" - nie wiem czy nadrobię 40 lat niechodzenia do teatru ale się staram ;-) No i oczywiście występ Kołka na niedzielnym Dniu Dziecka w naszej parafii.

Zdjęcia okładek książek ze strony http://lubimyczytac.pl/

poniedziałek, 27 maja 2013

Bukiecik konwalii.

Rozsiewa mi swą boską woń przemieszaną z lekko cytrynowym zapachem irysów.  W końcu doczekałam się tego, że mogę rwać konwalie na bukiety z własnego ogródka :) Obdarowałam nimi mamę i teściową, zerwałam sobie a reszta została i pachnie w ogródku.


Od jednej mamy do drugiej upłynął nam ten dzień. Dla mnie obiad w restauracji to prawdziwe zwieńczenie mamowego święta. Chłopcy nie mogli zgodzić się z prezentem i stanęło na tym, że sama sobie kupię masło do ciała o ulubionym zapachu.


Miniony tydzień mogę śmiało zaliczyć do tygodnia pod tytułem "Zrób sobie przyjemność". Poszłam zrobić zdjęcia prac, które szczególnie zachwyciły mnie podczas ostatniej wyprawy do MOKu. Przypominam, że wszystkie prace powstały samodzielnie a wykonały je dzieci i młodzież niepełnosprawna. Wiele z tych prac  umieściłabym u siebie w domu, są piękne!

Na wrażenia artystyczne nałożyły się jeszcze kulinarne. Od jakiegoś czasu chodził za mną zwykły kogel-mogel. Po prostu deser z dziecięcych lat stał się natrętem :D Koniecznie do szczęścia potrzebnym. Zrobiłam jego uszlachetnioną włoską wersję - krem zabajone. Wino marsala dostarczył zaskakujący wciąż sklep na be. Krem udał się wybitnie, polałam nim mieszankę bananów,pomarańczy i mrożonych malin. Pycha!

Dzisiaj penne z kurczakiem w sosie szpinakowo-ziołowym (mam wreszcie własną bazylię!) z mascarpone.

Dobrego dnia :)

czwartek, 23 maja 2013

Goni, pędzi.

A myślałam, że zwolni po tym maratonie komunijno-wycieczkowym! Ale nie zwolniło. Imprezy poganiają się nawzajem i nie ma to tamto tylko biegusiem.


W sobotę byliśmy z Kołkiem na festynie zorganizowanym przez Polskie Stowarzyszenie na Rzecz Osób z Upośledzeniem Umysłowym "CHATKA". Zespół góralski Kołka został poproszony o występy podczas rodzinnego festynu. Muszę przyznać, że dzieci z zespołu podeszły bardzo profesjonalnie do występów i nie reagowały gdy podopieczni Chatki przyłączali się do ich tańca i śpiewów. Nie robili tez wielkich oczu ani nie wytykali palcami dzieci zgromadzonych na występie. A dzieci i młodzież reagowała bardzo owacyjnie i żywiołowo co się małym artystom podobało. Na zakończenie artyści zostali uhonorowani kiełbaską z rusztu, watą cukrową i lodami.


 Najpierw popis chłopców na szczudłach.



Potem dołączyły dziewczynki.



I wspólna zabawa "budujemy mosty dla pana starosty".




I słodka nagroda :)

Oto dwie prace zbiorowe dzieci z Chatki. Bardzo proste pomysły a zaskakujący efekt! We wtorek byłam w naszym domu kultury gdzie jest wystawa indywidualnych dzieł i żałowałam, ze nie zabrałam aparatu. Prace są cudowne!!! Genialność spojrzenia, żywe kolory, śmiałe linie itd. Oglądałam wystawę ponad godzinę i wrócę tam z aparatem by utrwalić niektóre z nich i podzielić się z Wami :)


A w niedzielę poszłam po pomysł do głowy i pojechaliśmy sobie na Gubałówkę. Wszystkie gps'y wiodą na manowce kiedy się chce dostać tam od strony Zakopanego, bo owszem widzą drogi ale nie widzą, że obowiązuje na nich pozwolenie przejazdu. No chyba, że jest się autobusem szkolnym, pojazdem specjalnym, zaopatrzeniem albo dostawcą usług. Pod to ostatnie moglibyśmy się zaliczyć jako mimowolni dostawcy usług rozrywkowych (wystarczyłoby podsłuchać nasze dialogi samochodowe :DDD). W końcu złapaliśmy tubylca i ten rzeczowo nam wyjaśnił, ze bez sensu objeżdżać przez Ząb i polecił nam z Kościeliska wyjechać do końca ulicą Salamandry. I tak też zrobiliśmy zajeżdżając niemal pod sam szczyt (droga kończy się kilkoma parkingami). A tam? Kolorowe jarmarki, budki z goferkami, lodzikami, pierdółkami wszelkiego autoramentu oraz z nieustępliwymi bacami- parkingowymi, którzy beztrosko skontrastowali, że doić można tylko z miastowego, bo cepry jakieś  skąpe ostatnimi czasy... Na nic świadectwa urodzenia dwóch potomków w Zakopanem mieście głównem (gdzie to baca, bacę walnął gó...em). Trza było dobyć trzosa i zapłacić bez zniżki ;)



Ludzi jeszcze całkiem mało.




Ale po co nam to było? No przecież nie dla gęstniejącego taką porą tłumku, nie dla widoków (które barz piykne jako i zawse) nie dla goferka w południe. To park linowy nas przyciągnął. A konkretnie bilety wstępu do niego. Bilety darmowe, które to zasiedziały się już od roku prawie w mym portfelu, a które to Kołek był uprzejmy wygrać "łońskiego roku" (zeszłego) na festynie parafialnym. Trochę wygrana nie pasowała do naszego stada, bo tylko 2 sztuki tych biletów ale szkoda było zaprzepaścić. No i dotarliśmy do tego parku i dokupiwszy sztuk jedną patrzeliśmy przez dwie godziny jak się nam pociechy w Tarzanki zamieniają. Chłopaki się wieszały, huśtały i latały po napowietrznych instalacjach z różną zręcznością i szybkością. A jak się tak już napatrzyłam i narobiłam zdjęć, to zachciało się, nam ojcom,  samym pohasać na wysokościach. Niestety było już zbyt późno i obuwie mieliśmy też niezbyt odpowiednie, więc odpuściliśmy tą razą ;-)


  Instruktaż


Pierwszy zwis - aaa  aaa aa!


Juuuuupiiiii.


Nie mów do mnie jak idę!


Deptak niczym powtórka Krupówek ale ma swój niezaprzeczalny urok jeśli tylko nie skupimy uwagi na straganach i budkach. Od tej strony byłam na Gubałówce po raz pierwszy. Polecam tą trasę szczególnie rodzicom z maluchami ponieważ wygodnie można dojechać wózkiem po niemal płaskim terenie. Oczywiście można tez wyjechać kolejką ale w taka pogodę jaka się nam udała byłoby to prawdziwym grzechem. 


W 97 przyjechaliśmy pod Wielką Krokiew na nabożeństwo prowadzone przez Jana Pawła II na rowerach - taka nasza koleżeńska pielgrzymka, bo było nas 8 czy 10 osób co nam przypomniało się na widok tego kamienia.


 U nas totalne ochłodzenie od wczoraj po dwukrotnym gradobiciu.

Miłego :)

poniedziałek, 20 maja 2013

Regionalizm stosowany.




 I Komunia Święta naszego najmłodszego syna odbyła się z regionalnym zacięciem i strojem. Mnie z Panem Gryzoniem wysłano do odpalania świec jako tych najlepiej ubranych ;-)







Potem mieliśmy sesję w ogrodzie przykościelnym.



I tu nas zaskoczyła "krzasno matka", która przybyła także w regionalnym przebraniu chociaż tak faktycznie to prawie, że "opolska dziołcha" z niej.  Kiedy wysłała swojej mamie mmsa z własnym zdjęciem, to dostała zapytanie czy jest na jakimś zebraniu koła gospodyń wiejskich. Odpisała jej, ze owszem i właśnie ma przerwę w lepieniu pierogów :DDD



Oto sprawca całej sesji fotograficznej, który wręczył mi swój sprzęt bezcenny i zezwolił na wykonanie zdjęcia w towarzystwie swej zony i naszego górala.



A to już zdjęcia z ogrodu przy sanktuarium ludżmierskim. Kołek z Boberkiem czyli z koleżanką z klasy, która ubrana była w dziewczęcy strój góralski komunijny.


I dzwon prawdy - podobno dzwoni tylko tym, którzy mają czyste serce ;-)



Miłego wieczoru.

poniedziałek, 13 maja 2013

Migawki z Warszawki.

Jestem, jesteśmy. Cali i zdrowi :-)

Niech przemówią zdjęcia, bo ja jeszcze mam kocioł emocjonalny w sobie. Najważniejsze, że sprawdziłam się jako organizator całej wyprawy, bo tak naprawdę Królowa, która ze mną organizowała telefonicznie wiele spraw ulotniła się tuz po przyjeździe i tyle ją widzieliśmy. Na szczęście została jeszcze dwójka innych rodziców i wspaniałe dzieciaki oraz wychowawca. Ci się nie rozbiegli tylko karnie dreptali za mną i moim papierowym "dżipiesem" chociaż zmęczenie i ból nóg dawał im się we znaki.

Zamek Królewski:



Muzeum Powstania Warszawskiego:


Gdzie trafiłam na program kręcony przez TVN, więc skorzystałam z dostępnych modeli w strojach z epoki.


Łazienki Królewskie:





Stadion Narodowy;

bez trawy ale z zasłoniętym dachem :D


 Muzeum Wojska Polskiego:






Widok z PKiN

 Zygmunt, to ty?!


- Pod Blachą, proszę pana Przewodnika to my też u nas mieliśmy...
- Co mieliście?
- Piwo, na piwo szło się u nas Pod Blachę :-D



Miłego tygodnia :)

niedziela, 5 maja 2013

Ufff, puufff.

Dzień I Komunii za nami. Pogoda się udała, goście dopisali, stroje regionalne wyróżniały nas z tłumu. Myślę, że wszyscy zadowoleni, my zmęczeni. Napięcie tego tygodnia skumulowało się. Emocje podczas mszy świętej zmoczyły oczy. Teraz wszystko odpłynęło i zostało zmęczenie.

Kolejne dni sprężania się przede mną. Dopięcie spraw logistycznych wyjazdu do Warszawy i w środę ruszamy.

Już sobie obiecałam, że jak wrócimy cało i zdrowo, to najpierw Gaździnie Podhalańskiej podziękuję w sobotę (dzieci komunijne mają pielgrzymkę do Ludźmierza kończącą biały tydzień) a potem chyba upiję się jeśli trafię drinkiem do ust ;-D

Oczywiście nadrobię relacje i słowem i obrazem jak już moja sytuacja wróci do normalności.

Dobranoc.