piątek, 6 listopada 2015

6/11/15






Bo co tu pisać?
Że kilka razy w ciągu tygodnia przeżywam irytację podczas bliskich spotkań z podręcznikami wieloletnimi do angielskiego?
Że zżymam się z ekonomicznymi ćwiczeniami, które kroczą w parze z powyższym bublem?
Że codziennie muszę powtarzać te same nudne czynności?
Że szyby są brudne?
Że na siaty z zakupami działa siła przyciągania Jowisza, a w lodówce wieczna pustynia?
Jakie to w ogóle ma znaczenie?

Kiedy słońce świeci każdego dnia, kiedy mróz maluje fantazyjne wzory na czym się da pospołu ze szronem, to wszystko wydaje się jakimś nic znaczącym szczegółem.

Kiedy w domu pachnie kawą, cynamonem i jesiennymi jabłkami a wesołe pomarańcze błyszczą swoimi eleganckimi skórkami, a w tle brzmi energetyczny metal, to czuję, że mam moc.

Kiedy mam codzienną możliwość poczytania na tarasie z twarzą do słońca wszystkie problemy upierdliwej codzienności  spływają ze mnie pod wpływem dobrodziejstw natury. A jeśli dołożę do tego treść czytaną i smak kawy to mogę śmiało śpiewać na całe gardło "I'm in heaven..." :)


Nic ani nikt nie jest mi w stanie obrzydzić jesieni :)))

poniedziałek, 12 października 2015

Mnie nie zaskoczyła.


Ani w drodze na zakupy, ani we własnym ogródku, gdzie już wszystko było starannie pozamiatane.



Na zaskoczone wyglądają kwiatki balkonowe, bo te jeszcze są w pełni kwitnienia. Bakopa bardzo odżyła po letnich upałach co jeszcze widać spod śniegu.


Kiedyś dostałam porządną nauczkę od natury, tulipany sadziłam w śniegu po kolana, bo sądziłam, że jeszcze będzie ciepło... Od tamtego września minęło wiele lat i już nigdy nie dałam się zaskoczyć. Kiedy tylko dalie dopadnie pierwszy przymrozek nie mam złudzeń, czas wyrywać wszystko i likwidować życie ogródkowe, bo tutaj lato kończy się w sierpniu a jesień kiedy chce...

środa, 7 października 2015

To sobie nawarzyłam kompostu, wpis długi wyczerpujący zarówno autora jak i Czytelnika.

Po co komu kompostownik? Według mnie to kwintesencja ogrodniczego recyclingu, po prostu rzecz nieodzowna w każdym ogródku. Kompostownik pozwala uzyskać piękną ziemię tanim kosztem. Ale po co komu ziemia? Już wyjaśniam. Plewiąc grządkę usuwamy pewną ilość ziemi z wyrzucanymi chwastami czy przekwitłymi roślinami. Wrzucając je do śmieci trwale pozbywamy się tej ziemi co roku. A wiadomo, ziarnko do ziarnka i zbierze się  miarka i to niejedna w ciągu kilku sezonów! Szybko zorientujecie się, że grządka jest coraz płytsza i na nic spulchnianie ziemi, bo po pierwszym lepszym deszczu wszystko "siada". Kompostownik mam odkąd tutaj mieszkamy i jeszcze nigdy nie kupowałam ziemi by dosypywać na grządkę. Owszem kupuję ziemię do skrzynek balkonowych ale tylko wtedy kiedy nie mogę jej uzyskać z kompostownika.

Są różne sposoby kompostowania, mój jest "na lenia". Nie segreguję chwastów, nie zważam na to, że mają np zawiązane nasiona. Sypię do kompostu wszystko jak leci tnąc na mniejsze kawałki tylko gałązki drzew lub rośliny o grubych łodygach. Nie mam żadnej koncepcji układania kompostu poza jedną; skoszoną trawę cienko rozsypuję i zasypuję ziemią. Do kompostu wyrzucam wszystkie jadalne resztki kuchenne oprócz mięsa i kości. Lądują tam skorupki z jajek, obierki, skórki owoców, fusy z kawy i herbaty oraz niedojedzone resztki z talerzy. Na to chwasty z ogródka i przekwitłe części roślin a pod koniec sezonu wyrzucam rośliny ze skrzynek balkonowych (część z nich przeżywa na tym kompoście do kolejnego sezonu, więc ich na wiosnę nie kupuję, min tojeść rozesłana) a jeszcze podsypuję popiołem z kominka ponieważ jest pozyskiwany tylko z drewna i to bukowego.

Przez te 20 lat mojego czynnego ogrodnictwa miałam 3 rodzaje kompostowników. Pierwszym była zwykła pryzma. Po prostu w jedno miejsce (najlepiej zacienione i bezpośrednio na glebie) odkładałam resztki. Owszem zdawało to egzamin lecz było bardzo nieestetyczne i trudno było nadać tej kupie jakiś kształt. Drugim kompostownik był gotowy produkt ze sklepu ogrodniczego; czarny plastikowy, składany. Niestety ze względu na niskie temperatury panujące na Podhalu szlag go trafił po 3 zimach - popękał od mrozu i po prostu rozpadł się :( Szkoda mi go było niezmiernie ponieważ miał on w dole jednej ze ścianek wyjmowane drzwiczki co ułatwiało wyciąganie gotowej już warstwy nawozu. Trzeci produkt został więc zbity z desek sposobem domowym i wytrzymał najdłużej. Jedynym kłopotem było wyciąganie z niego ziemi ponieważ należało zawsze zdejmować wierzchnią warstwę nieprzerobionych jeszcze resztek.

Nadeszła jednak i na ten trzeci kompostownik ostateczna chwila. Drewno choć zaimpregnowane i pomalowane zgniło sobie razem z resztkami wzbogacając mieszankę. Dwa dni temu rozbiłam go więc bez zbytniego wysiłku z mojej strony.


Jak widać kompostownik miał konstrukcję cepa, deski były przybite do drewnianych listew o przekroju kwadratowym. Jedynymi sprawami, o których trzeba pamiętać, to zachowanie dystansów pomiędzy deskami ( kompost musi mieć dostęp powietrza) oraz brak podłogi - śmieci muszą stykać się bezpośrednio z glebą. Kompostownik nie był niczym przykryty w związku z czym lało nań i sypało śniegiem co na pewno przyczyniło się do szybszego rozkładu drewna ale ponieważ wytrzymał ponad 12 lat, to następny też będzie taki sam ;-)

 Ziemię z takiego kompostownika należy przesiać zanim na powrót zaniesie się ją na grządki. Ja użyłam dość gęstego sita ponieważ jako osoba leniwa wrzucam do kompostu także drobne kamienie wykopane z grządki. Ha, i czego ja tam nie znalazłam przy okazji tego siania! Z sześć drewnianych i plastikowych klamerek do prania, sznurki, którymi podwiązuję klematis, lotkę od badmintona oraz kilka kapsli i rozerwanych torebek foliowych pewnikiem po nasadzanych kupnych cebulach). No i stos kamieni, śrubek, gwoździ, drucików, kawałków płytek a nawet historyczny ułamek pieca kaflowego - to wszystko bywało zamiatane i wrzucane na kompost przez Pana Gryzonia po każdym z licznych remontów :D


Ta po prawej to sterta śmieci odsiana od cennego nawozu.



A co zrobić z cennym nawozem? Przywrócić poziom ziemi na grządce lub ewentualnie uzupełnić wybite czasem, deszczem tudzież nogami dziury i zagłębienia w trawniku. Oczywiście ziemię należy równo rozgrabić i najlepiej podlać by się lekko ubiła. 





Mój kompostownik miał wymiary 130 x 130 x 90 cm i pozwalał na nieprzerwane kompostowanie odpadków z tego mikrego areału przez ok 3-4 lat czyli akurat na tyle starczała jego pojemność by regularnie wydobywać zeń nawóz. 

Moje lenistwo ma jedną wadę jeśli chodzi o ów sposób kompostowania. Na wiosnę pierwsze i najbujniej wschodzące okazują się być chwasty wszelkiego rodzaju :D Ale teraz mam na razie spokój z fizyczną rekreacją związaną z posiadaniem areału, a nasza Szpilka oszalała z radości, że w końcu ma taką dużą kuwetę pełną pachnącej robaczkami ziemi :)))

Jak podaje ostatni numer National Geographic; górale i góralki lubią robić wszystko sami, ziemię też, szczególnie, że na Podhalu jak u Myśliwskiego - kamień na kamieniu a na tym kamieniu jeszcze jeden kamień ;-)

Przepraszam jeślim kogoś zanudziła :)


piątek, 2 października 2015

2/10/15

Pan w bibliotece zawala ochoczo mnie nowościami oraz wznowionymi klasykami (albowiem zna się już na moich upodobaniach czytelniczych) mówiąc, że przecież książek wypożyczonych można mieć pięć. No i ciągle mam ten limit na nocnym stoliku :)



"Trociny" to pierwsze moje zetknięcie się z Krzysztofem Vargą. Powieść zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie samą fabułą, chociaż i ta zaskakiwała momentami, ale przede wszystkim spostrzegawczością autora w kwestii współczesnego środowiska naszej Polski własnie. Historia dzieje się w krainie korpoludków, gdzie poznajemy głównego bohatera i jego życie. Genialne wyczucie aktualnych nastrojów, żywe i wierne kwestie, które słyszymy często we własnym życiu. Narodowa nienawiść, hejt, zawiść, brak przyjaznego spojrzenia na drugiego człowieka - Varga idealnie nakreślił nasze polskie oblicze. Z samych siebie się śmiejecie czytając tę powieść, ale może się mylę, bo być może niektórym scyzoryk otwierał się w kieszeni - nie wiem. Dla mnie to świetne wywleczenie dulszczyzny z krainy korpoludków na światło dzienne.

Na fali będąc przeczytałam także "45 pomysłów na powieść", które mnie nie ruszyły, a potem z podobnym skutkiem "Aleję Niepodległości". Wstrząsnęło mną i nadal trzyma przy "Nagrobku z lastryko". Główny bohater wraca się w czasie do życia swoich dziadków i matki, wtrącając przy tym własne przemyślenia i przeżycia na temat swojego życia.

Obejrzałam masę filmów. Nie starczy miejsca w poście na wszystkie. Ostatni wieczór spędziłam oglądając "12 years a slave. Zniewolony"


Kurde, no nie wiem skąd tyle nominacji... No film jak film. Po obejrzanym w dzieciństwie serialu "Korzenie" nie był w stanie niczym mnie wzruszyć czy zaskoczyć. Pozostało mi po nim zdziwienie odnośnie nominacji.


Pozdrawiam czytających tego posta.

wtorek, 8 września 2015

I tak będę skakać po tapczanie czyli żywieniowa prohibicja.

Drugie śniadanie odbija się czkawką. Mam swoje zdanie na ten temat. Bo wiem, że zakazane smakuje najbardziej i to chyba nic odkrywczego.

- Mamo, nie będzie drożdżówek w szkolnym sklepiku!

- Mamo, w kanapkach może być tylko sos jogurtowy!

-  Mamo, nareszcie nie będzie śmierdzieć frytkami w szkole!

Sposobów na ominięcie zakazów będzie wiele. Począwszy od kupowania słodyczy i gazowanych napoi w osiedlowym sklepiku po nielegalny handel batonikami na przerwie. Nie czarujmy się, to nie szkolne sklepiki czy stołówki są odpowiedzialne za wzorzec żywieniowy naszych dzieci. Dla mnie to naiwne, że ktoś zatwierdzający takie przepisy wierzy w ich skuteczność. Nikt nie zakaże ludziom konsumowania czego chcą tylko dlatego, że w ustawach czy przepisach będzie stało, że to niezdrowe. Nikt nie wycofa z obrotu  produktów wysoko przetworzonych, słodkich, słonych i ogólnie szkodliwych. Świadomość dobroczynności czy szkodliwości jedzenia powinno się zdobywać we własnym domu ale dobrze by wspomogli te działania edukatorzy od najmłodszych lat. Wierzę, że lepszy skutek odniosłaby lekcja żywienia w szkole, na której dzieci same przygotowałyby coś smacznego i zdrowego do jedzenia niż prostacki zakaz odgórny "nie, bo niezdrowe". Trzeba liczyć się, że są jednostki wysoce odporne na wiedzę i w takich przypadkach odporność można liczyć tylko w kaloriach spożytych cukrów prostych czy tłuszczów trans, bo tacy będą zawsze.

Moi synowie nie żywią się w szkolnej stołówce, nie dostają pieniędzy na zakupy w szkolnym sklepiku - mają kieszonkowe i z tego głównie pokrywają wydatek na swój telefon. Sporadycznie i to tylko w obliczu totalnego braku pieczywa w poniedziałkowy ranek dostawali kasę na drożdżówkę, a zdarzało się to rzadko, bo jestem na tyle wredna, że nie uważam czerstwego pieczywa za trujące ;P Z własnych pieniędzy nie kupowali w szkolnym sklepiku, bo po prostu mieli kanapkę ze zwykłego chleba z serem, wędliną i warzywami a do picia mineralną albo sok (bynajmniej nie z sokowirówki - taki dostają po szkole jak  matce starczy czasu by przygotować 3 kilo owoców lub warzyw).

W sprawie pierwszego wykrzyknienia; idę do szkoły koło piekarni, jak będę chciał to sobie kupię drożdżówkę, prawda? Prawda mój jedenastoletni synu, wielbicielu pączków z nadzieniem różanym, które to jadasz od wielkiego dzwonu, choć pewnie mógłbyś codziennie.

Drugie wykrzyknienie zostało spuentowane; jogurt też lubię, w ogóle wszystko lubię tylko niech nie wkładają mi do kanapki żadnej wędliny, ani tłustej ani chudej! Oczywiście synu mój najstarszy, pożeraczu pół bochenka chleba przy jednym posiedzeniu, wielbicielu chipsów bananowych i yerba mate.

Trzecie wykrzyknienie zostało poparte i moim aplauzem albowiem wstrętnie wchodzi się do budynku przepojonego wonią starej frytury. Temuż średniemu przyniosłam dzisiaj ciepłą drożdżówkę z serem, którą jawnie usiłowałam wcisnąć w przerośniętą łapkę na korytarzu szkoły z okazji doniesienia zakupionych ćwiczeń. "Mamo jestem tak najedzony, że zaraz bym puścił pawia po tej drożdżówce" No fakt! Poszedł po dużym śniadaniu na drugą lekcję. Drożdżówka skonała w moich trzewiach.


Minęły już czasy kiedy wyjadaliśmy z babcinych paczek świątecznych słodycze przeznaczone dla naszych dzieci. Rodzicielsko ustanowiona prohibicja na temat słodyczy  ustawała w dniu kiedy dzieci nasze wkraczały do przedszkola. Tam już nasze zachłanne pazury nie sięgały a w paczkach od komitetu zwanego Mikołajem musiało być coś słodkiego. Nie żebym ja tak uważała, to uwaga od Świętego a ja nie czuję się zobligowana, żeby temu przeczyć.

Mantra codzienna:

- Mamo, jest coś słodkiego?!
- Są owoce.*

* Słodycze też raz jakiś czas. Ścisła dystrybucja np paczka delicji na trzech a to co niepodzielne w paszczę szaleństwa rodziców. W końcu to są tylko dorośli, którzy też kiedyś byli dziećmi (w dodatku jedno z nich chowane na wyrobach czekoladopodobnych, po których ma awersję do czekolady, jeśli nawet nie traumę )


Nie jestem na diecie, nie byłam i nie będę. Lubię jeść. Lubię jeść czasami rzeczy ogólnie uznawane za niezdrowe. Używam soli i cukru. Nie wierzę, że samo jedzenie jest mi w stanie zapewnić bezwzględnie zdrowie i nieśmiertelność. Dbam o swoich najbliższych jedzeniem codziennie gotowanym w domu z produktów świeżych, nieprzetworzonych ale nie zawsze eko. W domu nie ma słodyczy, bo musiałabym zakupić sejf, a skoro nie ma to się ich nie jada - proste. Nie daje się też dzieciom żadnej kasy w drodze do szkoły, nie ma pokus - proste. Otyłość nie bierze się z nieświadomości, otyłość bierze się z lenistwa, niedbalstwa i nadużycia  lub choroby. Dobrze, że wycofano napoje gazowane i słodycze ze szkoły, to na pewno jest plus; nie ma nie kupisz. Ale czy tak dobrze popadać w skrajność? Czas pokaże. Moim zdaniem żadna rewolucja nie ma szans zacząć się odgórnie nakazami lub zakazami. Człowiek ma w sobie masę przekory, a człowiek młody to nawet masę masy.



wtorek, 1 września 2015

Pamiętasz, lato ze snów?

Nie pamiętam, bo podobno takie suche i ciepłe lato na Podhalu było 100 lat temu. Fakt, że poziom wody w Czarnym Dunajcu jest poniżej 20 cm i, ze powróciły masowe kąpiele w  rzekach i potokach oznacza, że faktycznie jest ciepło. Być może nawet tak jak na planie serialu "Janosik"

- Co ci powiem to ci powiem; ciepło - Kwicoł do Pyzdry.
- Ciepło- Pyzdra do Kwicoła.

Wczoraj wyszłam po 20.00 z mokrymi włosami do rynku i nie przymarzły mi do czaszki! Ciepło. Takie były lata mojego dzieciństwa. Dorośli siedzieli w domach przy zasłoniętych oknach i wachlowali się Trybuną Ludu względnie Krakowską czy Dziennikiem Polskim dziwiąc się nam, dzieciom, ze mamy silę i ochotę latać po polu. A nam skóra płatami schodziła z ramion i biegałyśmy z koleżanka do osiedlowego warzywniaka gdzie stuletnia babinka raczyła nas zimną wodą z kiszonej kapusty z dębowej beczki. Dzisiaj zostaje mi szukać erzac tego smaku w kiszonych burakach czy ogórkach.

Ostatnie podobne lato było 14 lat temu. Podobnie jak wtedy spaliśmy i tego roku przy otwartych na całą szerokość oknach tylko pod prześcieradłami. Nasza kotka spędziła może 5 nocy w domu. Świadkowie zeznają, że w jednym z pokoi widzieli mysz. Za to nie widzieliśmy ani nie czuliśmy żadnych komarów. Zbyt sucho jak na te paskudy.

Wakacje zakończyliśmy koncertem w Lyskach pod Rybnikiem.


Magia Rocka nie zawiodła naszych oczekiwań. Szczególnie Houdini opuścił Lyski usatysfakcjonowany z koszulką, płytą z autografem, zdjęciem z idolem, zdartym gardłem i bolącą szyją. Zenek spowodował, że młódź i osoby jare rzuciły się sobie w ramiona podczas tego kawałka


Bo nadszedł ten czas, że osoby jare w naszym domu zaczęły inspirować się utworami  własnych dzieci. Żyjemy więc w dźwiękach i przekazach Kabanosa, Luxtorpedy, Huntera. Nasi idole mają teksty niezrozumiałe dla naszych synów. "Na falochronie" Kukiza Houdiniemu wydawało się być plagiatem "to niemożliwe, żeby to była piosenka tego łysola" - cytat dosłowny. Za to Skóra" stawia opór mijającym chwilom. Niestety wyjechaliśmy przed wykonaniem tego kawałka. Pan Gryzoń musiał być w sobotę w pracy...




Miłego początku września. Nasze pociechy poleciały do placówek na skrzydłach - oby ten wiatr zapału jak najdłużej ich unosił :)