czwartek, 24 stycznia 2013

Zima.


Godzina 10.45
 
 
Wyjeżdżam.

 
Zjeżdżam.
 
 
I tak 3 godziny. W towarzystwie rodziny oraz nielicznych turystów feriowych.
 
Pozdrawiam :)))

wtorek, 22 stycznia 2013

Traktat o nudzie.

W niedzielę usłyszałam, że ktoś skarżył się na ludzi mojego miasta "wszyscy mówią, że nie ma tu co robić ale jak poszłam z dzieckiem na darmowe zajęcia do MOKu, to okazało się, że tylko 2 dzieci przyszła". Rozumiem oburzenie ale z logicznego punktu widzenia wyszło mi, że tylko 2 dzieci się nudzi, a raczej 2 mamy ;)

Nie nudziłam się jako dziecko, nie nudzę się w dorosłym życiu. Nie potrzeba mi zabawiaczy chociaż nie unikam rozrywki, bo to tez dla ludzi. W sobotę zabawialiśmy się do 1 w nocy we własnym domu z kilkorgiem przyjaciół w ramach karnawału. Gremium podjęło decyzję, że trzeba się troszkę odchamić, więc kupiliśmy bilety do teatru. Wesoły autobus zawiezie nas tam 13 lutego na przekór wszystkim przesądom. Kolega pastuje już gumiaki, bo twierdzi, że tylko z nich nie będzie wystawać mu słoma. Mąż rozważa zestaw odświętny: krótkie spodenki, sandały i koniecznie skarpety. W związku z tym nie wiem czy nie wziąć sobie płetw na przebranie do torebki ;P

Niedziela upłynęła na babciowo-dziadziowych świętowaniach. Wczoraj miały być narty ale od rana padał deszcz (cała Polska zasypywana śniegiem a na Podhalu deszcz!). Pływać wolimy na basenie, w ramach osłody zrobiłam rogaliki orzechowe.


Zadziwiające, że przetrwały do dzisiaj. Na odstraszenie dorzuciłam garść płatków owsianych do ciasta. Znaczy na lepsze trawienie :D

Dzisiaj także mokro, mżawkowo i mgliście. Robię bigos, bo jutro to narty już na bank. Przy okazji tej chwilowej przerwy w dostawie dobrej aury wyciągnę maszynę i hurtem poszyję te pięć par obszarpanych spodni i co mi tam jeszcze chłopaki nadziurowały w ubraniach.

Macie czas na nudę Księżniczki, bo u mnie jakoś i z umiejętnościami kiepsko w tym kierunku i z natłokiem codziennych spraw. Dodam, że z logistyki mam mocną piątkę :)))

Pozdrawiam :)

wtorek, 15 stycznia 2013

Sentymentalnie.


Przenikliwy wiatr przynosi wspomnienia z Big Apple. Wszystko to zaprawione smutkiem wczorajszego telefonu, który dziwnie wpisał się w kalejdoskop wspomnień i zwiąże go jeszcze jednym kryształkiem. Zmarł ojciec goszczącego nas wtedy A... Bylismy na pogrzebie.






Puszka do kawy, po którą sięgam codziennie, przywołuje obraz zaśnieżonej błękitnej czapki. Oszczędnie pite espresso z uwagi na zmywalny wzorek. Wyciąg narciarski, z którego już nie korzystam i widok karmnika za oknem przesłonięty wirującymi płatkami śniegu.




Radosne kwiki synów nurkujących w śniegu dobiegają już coraz rzadziej z przydomowego ogródka. Zaczyna się migracja. Nieunikniony proces dorastania.

Smutno mi i nie smutno zarazem. Część na pozór zamkniętych zdarzeń otwiera się w mojej głowie ciągle na nowo. Kluczykiem bywają  ferie zimowe. Sentymentalnie nie wyrzucam niczego z głowy, odkurzam tylko i ustawiam by zrobić miejsce na nowe, które i tak przyjdzie niepytane.

Dobrego wieczoru.



piątek, 11 stycznia 2013

Pewnie będę także łebmasterem.

Ale nie wiem czy mi życia na to starczy... Na razie ustawiłam sobie taki mały, śmieszny gadżecik. Dla ochrony dóbr własnych zamieszczanych na tym blogu. Niestety nie zawsze on działa. Czeka mnie więc  jeszcze grzebanie w kodach html i wklejanie poleceń tak aby blog był już nie tak łatwy do skopiowania. Oczywiście, prawdziwych speców od tych wszystkich nowoczesności, nie odstraszy i tak nic, ale mam nadzieje, że komputerowcy nie są zainteresowani jego zawartością. Uprzejme prośby o niekopiowanie nie docierają do wszystkich odbiorców niestety...



Najpierw należy wyjść z domu.



Potem zapamiętać trop powrotny.


Ocenić odległość napowietrznych zagrożeń.



Sprawdzić czy ma się ogon. 


Zaczaić się na ewentualnego wroga i
                                                    w razie zagrożenia atakiem
                                                                                                rzucić się mu do gardła :)

Własnie obejrzeli Państwo reportaż o słynnej kotce obronnej z Podhala. Kotka ta dzielnie pilnuje dostępu do jednego z domostw tkwiąc godzinami na parapecie zewnętrznym i wewnętrznym. Wykazuje niezwykłą czujność i rzuca się ze szczególnym upodobaniem na.... wirujące płatki śniegu :D

Siedzę w domu sama. Kołek pojechał z zespołem na dwudniowe występy. Houdini właśnie poinformował mnie, że ma randkę z koleżanką u niej w domu, Grubcio jeszcze w szkole. Pomidorowa gotowa od dwóch godzin, umyłam okno w kuchni (na wypadek ptaków w karmniku) i chyba pójdę rozebrać choinkę, bo mi fikus zgubił połowę liści odsunięty do kąta.

Właściwie to mam już ferie. Pora wyciągnąć buty narciarskie i udać się na stoki. Nie muszę dodawać, że warunki są, prawda?

Pozdrawiam :)

środa, 9 stycznia 2013

Inwokacja.

Grubcio chodził całe święta nadęty, po tym jak juz ozdrowiał na tyle by wstać.

- Lidio, matko moja, ty jesteś jak zdrowie
  Ja będę cię kochać, niech mi tylko matka powie...
  Po co ja się mam tego w ogóle uczyć na pamięć???!!!

- Synu, inwokacja jest wstępem do wielkiego dzieła. Ty wiesz jaką trzeba mieć łeb, żeby tyle rymów i to pisanych trzynastogłoskowcem spłodzić?! Próbowałam go oczarować umiejętnościami mistrza Adama a na koniec dodałam: Ja się też musiałam tego uczyć, to czemu ty masz mieć lepiej?
- Sprawdziłem, w jednej linijce jest czternaście głosek! I zamachał mi wiekopomnym dziełem przed nosem.
- Oj tam, oj tam, większość ma po 13.
- Ale Litwa nie jest już ojczyzną zadnego Polaka. Co mnie tam jakieś unie sprzed lat interesują.
- No nie wiem, on miał pecha, że się urodził na tym skrawku, który nam zabrali i jeszcze do niego tęsknił.
- Ale mamo, przecież, to w ogóle sensu nie ma i kupy się nie trzyma...
- Alez oczywiście, że się trzyma!
- Nie, bo on tu jakieś nawiasy postawił, o co chodzi z tym umieraniem?
- Nawiązał do swojego kiepskiego stanu zdrowia, które diametralnie się zmieniło po modlitwie i oddaniu go w opiekę Matce Boskiej.
- No dobra, ale reszta to juz zupełnie jakieś brednie.
- Bo co?
- Bo tam jest wyrażenie nieformalne i obrażliwe!
- Jakie???
- Pała. No przecież nie będę deklamował o jakichś pałach!
- Pała jako czasownik, płonie, świeci, jaśnieje ;DDD
- Ale ten świerzop to mi się tylko ze świerzbem kojarzy..
- To roślina o żółtych kwiatkach, a gryka ma białe kwiatki, to takie małe pnącze polne. Uprzedziłam kolejne "zażalenia" na słownictwo użyte przez mistrza.

W końcu zmęczona tymi dywagacjami włączyłam youtube, by znależć prawidłowo brzmiącą deklamację, bo co jak co, ja sama nie znoszę recytowania czegokolwiek.

https://www.youtube.com/watch?v=N9Hq4Ls4qVU Kolbergera znalazłam z filmu, niestety z brakiem 4 ostatnich wersów, o tym świerzbie i pale :)
Potem znalazłam wersję, która niezmiernie mi się spodobała i jużem oczyma wyobrażni widziała pierworodnego mojego stojącego przed panią M (nomen omen nazwisko Adama) i rytmicznie zarzucającego długim włosiem w rytm tegoż utworu https://www.youtube.com/watch?v=oYEjnjS95xg i o małom się wizją ową nie kopyrtnęła z siedziska. Syn orzekł, że pani mogłaby takiej wersji nie przeżyć ponieważ jest polonistką ortodoksyjną i starozakonną na domiar wszystkiego, co rusz profesora Miodka cytujacą.
Ale najbardziej podobała mi się recytacja Krzysztofa Globisza https://www.youtube.com/watch?v=rCq9Tw6DOZw

- Nie, o nie! Tak nie będę deklamował, bo się cała klasa będzie ze mnie lała!
- Ale pani M aż kolana zmiękną i dostaniesz szóstkę.
- Nie będę osła robił z siebie dla tej szóstki.

Stanęło na wersji ala Kolberger i synek chodził z cudem odzyskaną mp3 i mruczał pod nosem owe wersy. Dostał +4 co i tak wywołało nasze zadowolenie.

A ja sobie przypomniałam, że nigdy na pamięć nie uczyłam się inwokacji z Pana Tadeusza. Nasza polonistka pozwoliła nam nauczyć się także epilogu, co kto wolał. Wykoncypowałam sobie, że wszystka uczyć się będą poczatku, który owa pani ma wykuty na blaszkę a nikt nie sięgnie po epilog, więc nauczyłam się tegoż tak piatę przez dziesiąte i czegom zapomniała w trakcie recytowania, to kalwaryjskim rymem zastąpiłam na tyle sprawnie, że polonistce zdawało się ino, że to echo grało i dostałam +4 :DDD

Dodam tylko tyle, gwoli uczciwości, że dzieło Adama przeczytałam bez przymusu od deski do deski i jako lekturę lat szkolnych wspominam jako jedną z przyjemniejszych :)

czwartek, 3 stycznia 2013

Kulinarnie.

Nie liczcie na zdjęcia, wszystko zeżarte a marne resztki walające się w zakamarkach lodówki niezbyt godne fotografowania :D

Dzieci me wychodzą z ramek utartych jadłospisów z coraz większą ochotą i autentyczną przyjemnością. Bardzo mnie to cieszy, bo mimo, że lubię dania szybkie, jednogarnkowe i nie wymagające ekstra składników, to jednak lubię w kuchni poszaleć i przyjemność ogromną mi sprawia, to jak pozytywnie na te szaleństwa domownicy odpowiadają.

Do różnych sałatek typu "resztki z lodówki+trochę fantazji" juz przyzwyczaili się dość dawno. Nie wszystkie smakowały wszystkim jednakowo ale w ostatecznym rozliczeniu zostały i tak zjedzone. Wczoraj zrobilismy z Grubciem sałatkę ala gyros. Była taaaakaaaa micha i ledwie obroniłam porcję dla nieobecnego Pana Gryzonia, bo aż TAK im smakowała :))) Jednakże noworoczny obiad zaskoczył nawet mnie.

Zupełnie przez przypadek w naszym domu zjawiły się kotlety schabowe. Byłam przekonana, że do koszyka sklepu z nazwą na be włożyłam filet z indyczej piersi oraz świeży szpinak i camembert. No cóż, mięso okazało się być świńskie w zachowaniu i złośliwie nieindycze ;) Oj tam, oj tam, jęczał Pan Gryzoń na widok koszykowej zawartości. Eksperymentów ci się zachciewa, powiada, zobaczysz, że nie będą jedli tylko nosami zakręcą! Oj tam, oj tam, odpowiedziałam, zjedzą sobie ziemniaków z surówką i też przeżyją. Wyrodna matka :D:D:D

Jak już takie świństwo mnie spotkało ze strony mięsa, to je całkiem mocno tłuczkiem za karę potraktowałam. Potem jeszcze posoliłam świeże rany i opieprzyłam całe towarzystwo. Trochę żal mi go było, więc zatopiłam kotlety w mące, rozbełtanym jajku i znowu mące i usmażyłam na lekko złocisty kolor. Szpinak świeży przygotowałam klasycznie z masłem, czosnkiem i odrobiną śmietany kwaśnej oraz solą i pieprzem. Nałozyłam go na wszystkie kotlety i przykryłam plasterkami camemberta po czym zapiekłam na grillu w piekarniku. Do tego podałam puree ziemniaczane i kapustę z grzybami.

Podejrzliwe słowa dotyczące wyglądu kotletów zamieniły się w peany pochwalne oraz żądanie "więcej chcemy!". Drżyjcie wszystkie świnie tego świata, do ulubionych roladek schabowo-serowych dołączyły jeszcze zapiekane kotlety ze szpnakiem i serkiem pleśniowym!

Pozdrawiam z grochówką na kuchence :)

środa, 2 stycznia 2013

Między leniwymi.

Tak między leniwymi mówiąc, nie chce mi się za bardzo wracać do obowiązków. Nim się dobrze rozpędzę znowu wolne, bo w tym roku ferie zimowe mamy w pierwszym terminie.

A między leniwymi a odkurzaniem i włączeniem pralki ogladam sobie koncert Michael'a Bublé z Medison Square Garden i odkrywam, że facet jest dowcipny, ciepły, miły oraz towarzyski, i nie potrafi krawata zawiązać porządnie co zupełnie nie przeszkadza w porządnym śpiewaniu :) Szkoda, że głównie covery śpiewa.

Dom jakiś taki zakurzony po tych świątecznych dniach. Przesyt świętowania wysypał się na dywany, hi, hi ;) Trochę odespaliśmy sylwestrowe szaleństwa ale aura za oknem mglisto-szara zachęca do powrotnego zakopania się w pościeli. Tym chętniej wskoczyłabym do łóżka, bo czeka na mnie dokończenie historii, która zaczeła się na Patriarszych Prudach, a może w Jeruszalaim? To chyba jedyna powieść, którą mam ochotę czytać i odkrywać od nowa. Tym razem mam w ręku wersję z przekreśleniami radzieckiej cenzury. Czasami zupełnie śmieszne i niespójne fragmenty zostały usunięte.



"21.
Lot
Niewidzialna i wolna! Niewidzialna i wolna!... Małgorzata przeleciała nad swoim zaułkiem (....) i wtedy zrozumiała, że aczkolwiek jest zupełnie wolna i niewidzialna, to przecież nawet w upojeniu powinna zachować odrobinę rozsądku."

Zdecydowanie powinna była, ale na szczęście nie zachowała, to ponoć takie typowe dla wielu kobiet ;-) W kolejce czeka jeszcze biografia Madonny i Ciasteczka- przepisy do wykorzystania w praktyce.

PS
I żeby nie było, że u nas Bublé śpiewa do kotleta, to śpiewa do leniwych :)
Pozdrawiam :)